Opinie

Tylko Bóg policzyć zdoła łzy

Przez całe życie kobieta przygotowuje się do tego, by być matką. Kiedy pod jej sercem zaczyna bić serce dziecka, choć go nie widzi, zaczyna je kochać, czuć, rozumieć. Instynkt podpowiada resztę. Organizm dostosowuje się do nowej sytuacji, przygotowuje do momentu, kiedy nowe życie ma przyjść na świat. Zamienia się w czekanie. Nie zawsze jednak tak jest. Czasem mały płomyk zgaśnie, zanim zdąży na dobre rozbłysnąć. Co wtedy?

Kinga urodziła się w szpitalu martwa. Była wcześniakiem. Udusiła się pępowiną przy pierwszych skurczach porodowych. Lekarze nie zdołali jej uratować. „Widziałam, jak ją mierzono i ważono” - opowiadała Beata, mama dziewczynki, takim tonem, jakby to była sytuacja z filmu, który zaraz się skończy. W głosie czuć było tępy ból i rezygnację.

Miała suche oczy, z których dna wyzierała przepaść, nie płakały już. Zabrakło łez. Potem lekarze napisali w karcie szpitalnej: „martwe w chwili narodzenia”. Tylko tyle. „Pamiętam, że wkrótce po tym wydarzeniu oglądałam transmisję z pogrzebu św. Jan Pawła II. Nie wiem czemu, ale gdy przeczytałam w karcie szpitalnej te słowa, przypomniał mi się moment, gdy wiatr zamknął księgę na jego trumnie” – mówiła Beata. „Teraz też zamknęła się księga. Tylko dlaczego tak wcześnie, zanim w ogóle ktokolwiek zdążył coś w niej zapisać? Dlaczego? Tyle czystych kart!”.

 

W stronę światła

Najgorzej było, gdy wyszła ze szpitala. Pierwsze spojrzenie w lustro: nie ma brzucha. A potem pytanie: gdzie jest dziecko? I odpowiedź jak szarpnięcie żywej rany: nie ma dziecka. I nie będzie. „Ludzie uciekali ode mnie, gdy szłam ulicą. Bali się chyba «zarazić» smutkiem, sama nie wiem. ...

Siedlanowski Ks. Paweł

Pozostało jeszcze 85% treści do przeczytania.

Posiadasz 0 żetonów
Potrzebujesz 1 żeton, aby odblokować ten artykuł