Historia

Harcerskie metody pomagają w życiu

Rozmowa z Jakubem Chwesiukiem, instruktorem ZHR, bialczaninem, drużynowym 7 Poleskiej Drużyny Wędrowniczej „Żar” i phm. Poleskiego Hufca Harcerzy „Świt”.

Motywem przewodnim wychowania harcerskiego jest służba: Bogu, ojczyźnie i drugiemu człowiekowi. Jak to wygląda w praktyce?

Jeżeli zapytasz harcerzy, jak jednym słowem mogliby określić harcerstwo, to pewnie służba miałaby najwięcej wskazań. Ta służba zaczyna się od drobnych rzeczy. Podejmujemy ją w trakcie obozów i biwaków, ale też poprzez wychodzenie do ludzi, organizowanie pomocy.

Tak działa pogotowie harcerskie w przypadku wojny czy powodzi. To są rzeczy namacalne. Jednak w harcerstwie chodzi też o pewną postawę życiową. To gotowość do niesienia pomocy, do działania. Nie bez powodu mówi się, że harcerz powinien być dobrze spakowany w plecak, by mieć wolne ręce na wypadek, gdyby musiał pełnić służbę.

Wychowujemy tylko do pewnego momentu. Między 18 a 21 rokiem młodzi zdobywają najwyższy stopień – „Wymarsz Harcerza Rzeczypospolitej”. Wtedy decydują, czy idą w świat i realizują ideały harcerskie w swoim życiu zawodowym i społecznym, czy zostają instruktorami i kontynuują tę pracę.

 

Byłeś instruktorem, a potem wcielałeś harcerskie ideały w życiu. Teraz wracasz po dłuższej przerwie. Dlaczego?

Byłem instruktorem do momentu, gdy urodziła się moja córka, moje drugie dziecko. Dokładnie 12 lat temu. Wówczas stwierdziłem, że mając dwójkę dzieci i planując kolejne, także przy wielu innych obowiązkach chyba należy przystopować. Pamiętam, że próbowałem postawić drużynę po trudnym okresie, a to bardziej wtedy frustrowało niż dawało radość. Musiałem odpuścić. Dziś mój najstarszy, 15-letni syn jest zastępowym, Zosia harcerką, dwóch młodszych synów także wstąpiło do drużyny. Nie wymagają już takiej opieki, więc to jest ten moment.

 

Harcerstwo to niesamowita lekcja życia, ale czy jest dobra dla każdego?

Tak. W dobrej drużynie powinna być duża tolerancja i zrozumienie różnorodności potrzeb, to metoda powinna iść za osobą, nie odwrotnie. Jest wiele elementów, które przypominają wojsko, takie jak stopnie, mundur, dyscyplina. Jednak w samej metodzie wychowawczej duży nacisk kładzie się na indywidualizm i rozwój jednostki. Jeżeli idziemy za wychowankiem, to staramy się odkryć w nim talenty i tak go umiejscowić w życiu drużyny, żeby mógł się spełniać. Czasem tę drogę harcerską trudno odnaleźć, bo to też wymaga od instruktora dużej świadomości i cierpliwości.

Znam przypadki, kiedy chłopcy, którzy nie lubili się brudzić ani przebywać w lesie, ostatecznie wsiąkali w grupę i harcerstwo ich dosłownie pochłaniało.

 

Jak harcerstwo wpłynęło na Twoje życie prywatne i zawodowe?

Do drużyny trafiłem dość późno, bo w liceum. W gimnazjum nie byłem szczególnie wybitny, a rodzice bywali u dyrektora na dywaniku. Harcerstwo bardzo szybko mnie sformatowało w pozytywnym sensie. Od razu się mocno zaangażowałem. Po roku zostałem drużynowym. To był ekspresowy awans.

Harcerstwo nauczyło mnie patrzenia na człowieka całościowo, co dziś pomaga mi w pracy z ludźmi. Teraz, kiedy biorę odpowiedzialność za innych, jestem bardziej wyrozumiały. Widzę w ludziach nie tylko ich potencjał, ale też potrzeby.

 

Jak to jest z tymi wartościami, które dziś nie są aż tak popularne? Jak je zaszczepić młodym ludziom?

To trudne, ale w harcerstwie działa grupa. Pomimo tego, że jesteśmy świadomymi wychowawcami, trudno nam budować zasady, które są akceptowalne. Mogę powiedzieć na przykładzie moich dzieci. Często to, co mówiłem, wpadało jednym uchem i wypadało drugim. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, gdy one same zaangażowały się harcersko. To mnie i żonie bardzo ułatwiło pracę. Mnóstwo tematów wychowawczych przeszło do harcerstwa. Jako ojciec nie byłem w stanie pewnych rzeczy przeforsować i wdrożyć, a drużyna załatwiała to szybko. Bo zwykle to ona jest większym autorytetem. To było ciekawe doświadczenie. Ponownie zobaczyłem, jak bardzo ta metoda jest potrzebna i jak dobrze działa. Miałem świadomość, że nie będę wychowawcą dla swoich dzieciaków, ale mogę ich wspierać.

 

Wędrówki, szare służby, obozy bez luksusów… Może być to mało atrakcyjne dla współczesnego młodego pokolenia.

Z zewnątrz może to tak wyglądać, bo trzeba się umyć w strumieniu, ugotować obiad na ognisku. Jednak takie spojrzenie to często tylko perspektywa dorosłych, rodziców, którzy chcieliby dzieciom ten świat trochę usłać różami albo dać im to, czego sami nie mieli. Różne są sytuacje. I zaznaczam, że mówię tu głównie o chłopakach. Widzę, że kiedy nawet wykonują obowiązki, wydawałoby się, niezbyt popularne, to jednak one też hartują charakter. Budują pewność siebie i w dorosłym życiu jest łatwiej. Często miewałem momenty, kiedy już widziałem przepaść, a potem nagle pojawiała się myśl, że nie wszystkie rzeczy zewnętrzne stanowią siłę człowieka, tylko że ona pochodzi z wnętrza, z umiejętności i doświadczeń.

Jeżeli zapytasz harcerzy, dlaczego nimi są, nie powiedzą ci, że to ich rozwija, że to im się w życiu przyda. Usłyszysz zapewne: ekipa, grupa ludzi, z którymi dobrze się czują i dogadują, na których mogą polegać. No i przede wszystkim przygoda! Tu mają przestrzeń, by realizować szalone pomysły, mają poczucie wolności.

 

Wróćmy do warsztatów w ramach Klubu Ojca. Jak harcerze mogą ich zainspirować? Skąd ten pomysł?

W ubiegłym roku zostałem zaproszony na międzynarodowe forum Tato.Net, by poprowadzić warsztaty w temacie służby. No bo jak służba, to przecież i harcerstwo. Sprawdziło się, więc zorganizowałem warsztaty w ramach Klubu Ojca w Białej Podlaskiej oraz w Międzyrzecu. Jest to przestrzeń do szczerych rozmów, dialogu pomiędzy ojcami a harcerzami w kontekście tego, co robimy w drużynie. Są uniwersalne zasady, które możemy przenieść na relacje ojciec – dzieci, jak np. zasada wzajemnego oddziaływania. W ruchu harcerskim przekaz nie idzie tylko od instruktora do wychowanka, ale jest sprzężenie zwrotne. Obie strony się uczą i wspólnie rozwijają. Kiedyś była mowa ex cathedra, ale dziś kierujemy się zasadą, że drużynowy/zastępowy też się bawi. Kiedy ojciec zabiera dziecko do parku czy na plac zabaw, to jest w tym aktywny, a nie przegląda telefon. To rzeczy na pozór błahe, ale bardzo istotne. Na spotkaniach uczymy się budowy węzła zderzakowego. W nim są dwa inne, które napierają na siebie, ale stają się mocniejsze przez to, że się zaciskają. Inspiracji jest sporo. Chcemy pokazać metody, które sprawdzą się poza drużyną harcerską. Namawiam ojców, aby wdrażali je w życiu. Zachęcam też do postawy proaktywnej.

 

Dlaczego te spotkania w męskim gronie są tak ważne?

Zmieniając pojedynczą osobę, zmieniamy świat. Może to naiwne, ale ja w to wierzę. Jeżeli jest przestrzeń do tego, że tu i teraz można komuś pomóc i zainspirować, to trzeba to zrobić. Grupa działa też budująco. Mężczyźni również się wspierają, może nie tak jak kobiety, ale potrafią być dla siebie wsparciem. Komunikacja jest zupełnie inna. Nie idziemy tam tylko z problemami, ale dużo jest pozytywnej inspiracji.

 

Dziękuję za rozmowę.

MARTA MUSZYŃSKA

Jakub Chwesiuk – ojciec czwórki dzieci, instruktor ZHR; prezes firmy Bialcon SA, członek ogólnopolskiej organizacji Tato.Net, która wspiera ojców w wypełnianiu tej roli, wiceprezes stowarzyszenia prowadzącego szkołę i przedszkole dla 400 dzieci. Wspólnie z żoną prowadzi żłobek oparty o metodę Montessori – Rabarbar.