Komentarze
Źródło: xAA
Źródło: xAA

Spóźniłem się…

Ten tekst powinien pojawić się przed tygodniem. Niestety, pojawia się dzisiaj. I może ktoś uzna to za potknięcie felietonistyczne, ale jestem winny ten tekst tym, którzy zginęli. I jestem go winny samemu sobie.

Są takie momenty w życiu, gdy człowiek patrzy na mizerię swojej kondycji. Nie po to, by kajać się w prochu taniej pokory i mistycznych marzeń o powszechnej zgodliwości, lecz bardziej po to, by znaleźć opokę – skałę.

Wiadomość

W sobotę, 10 kwietnia byłem we Włoszech na pielgrzymce słuchaczy Katolickiego Radia Podlasie. Było już po 9.00. Nasz autokar znajdował się w drodze do Sieny, miasta zgodnie z legendą założonego przez dwóch braci, Senio i Aschio, synów Remusa, którzy po zamordowaniu ich ojca uciekli z Wiecznego Miasta przed niechybną zagładą. Założyli nowe miasto, które cieszyło się wolnością aż do czasów Napoleona. Opowiadałem pielgrzymom o tym miejscu, o zabytkach średniowiecza oraz mistycyzmie św. Katarzyny i św. Bernardyna. Nagle z ostatniego miejsca w autobusie przybiegł ks. Dariusz i wręcz krzyknął, że w Polsce wydarzyła się jakaś tragedia.

Przerwaliśmy omawianie i w ruch poszły telefony komórkowe. Przez cały dzień siedzieliśmy w Internecie i dzwoniliśmy do znajomych. Do końca nie mogliśmy uwierzyć. Nie chcieliśmy uwierzyć. Przerastało to nasze możliwości i naszą wyobraźnię. Odczytywanie kolejnych nazwisk na liście pasażerskiej polskiego samolotu potęgowało nasze przygnębienie. Ono przeradzało się w spontaniczną modlitwę. Nie tylko wyrażaną słowami, ale bardziej spazmem serca.

Wielu dzisiaj porównuje śmierć polskiego Prezydenta i jego Małżonki oraz przedstawicieli najwyższych władz państwowych do momentu odejścia Sługi Bożego Jana Pawła II. Niektórym to się nie podoba. Może… Ja osobiście miałem takie samo uczucie: samotność. Jakbym został pozbawiony podstawy, jakiegoś fundamentu. I nie chodzi o preferencje polityczne, społeczne, ekonomiczne etc. Została wstrząśnięta moja Ojczyzna. Jakby kolejnym uderzeniem w jej newralgiczny punkt, jej kręgosłup. I to w tym samym miejscu, co 70 lat temu. Dojeżdżając na nocleg w Nettuno, minęliśmy cmentarz żołnierzy amerykańskich z lat 1944-45. W tle gdzieś daleko było wzgórze Monte Cassino z jego potężnym Krzyżem Virtuti Militari. Powróciły słowa piosenki – pieśni: „…bo wolność krzyżami się mierzy…”.

Gdy w bazylice św. Piotra w Watykanie widziałem ołtarz Katedry Księcia Apostołów, kalka wyobraźni niosła mnie do pustego fotela prezydenckiego w Sejmie. Smutny w tym dniu kościół polski św. Stanisława w Rzymie i zdjęcie prezydenckiej pary otoczone zniczami i kwiatami. Polska przewodniczka po Rzymie, pani Aleksandra, na Placu św. Piotra szepce mi do ucha, dzień po tragedii: „Ja nadal nie wierzę, taki dobry człowiek”. Ja też nie wierzę, choć intelekt już przyjął wieść do wiadomości. Serce nie może.

Europa uliczna

Przywiozłem ze sobą z tej pielgrzymki jeszcze inne doświadczenie, zupełnie niespodziewane. Idąc z grupą wzdłuż Via dei Fori Imperiali, zatrzymała mnie grupa Rosjan, zwiedzających Rzym. Krótkie słowa, ale jakże znaczące. Jesteśmy z wami, czujemy wasz ból, jakby nas ugodzono w serce. Łzy same są w oczach. Oni podeszli do nas, bo usłyszeli polski język. Podeszli, bo chcieli po ludzku wyrazić nam swoje współczucie. Uściski rąk obcych ludzi, którzy nagle stają się bliscy, choć wszyscy jesteśmy daleko od swoich ojczyzn. Jakże inne od tych Rosjan, których spotkałem na parkingu w okolicach St. Poelten w Austrii. Oni mówili coś o jakiejś sprawiedliwości, która miała się chyba według nich dokonać. Nie słuchałem. Nie widziałem sensu.

Inne doświadczenie przyszło nocą nad morzem w Nettuno. Stojącą grupę naszych pielgrzymów minął człowiek. Usłyszawszy naszą rozmowę, zatrzymał się i podszedł. Wdałem się w krótką rozmowę. Z łamanego języka włoskiego zrozumiałem, że jest on Rumunem, mieszkającym i pracującym w niedalekiej lakierni. W pracy styka się z Polakami, których wychwala jako pracowników. Może tylko za dużo piją. Od razu przechodzi do wydarzeń spod Smoleńska. Mówi prosto: to straszne. Gdyby zginął rumuński prezydent, on tak by tego nie przeżywał. Ale wasz, polski, był wielkim człowiekiem. On nie powinien zginąć. Powiedział to prosty człowiek, który w Polsce nigdy nie był. Wieczorem dowiedziałem się o nagonce czynionej w Polsce przez nazywających siebie Polakami w sprawie pochowania Pary Prezydenckiej na Wawelu.

I jeszcze jedno doświadczenie. Na parkingu w Pizie podchodzą Murzyni, handlujący czym się da. Rozmawiam z jednym z nich, tłumacząc, że grupa nie chce od nich niczego kupować. Po chwili pyta mnie, czy jesteśmy Polakami. Gdy potwierdzam, on mówi: szkoda, że zamordowano waszego prezydenta. Mówi to, co czuje. Ja mam mętlik w głowie. Tak brzmiała europejska ulica, która bardziej kieruje się serce i czuciem, niż mędrca szkiełkiem i okiem.

Z ziemi włoskiej do Polski

Do kraju wróciliśmy w sobotę. Od 12.00 słuchaliśmy w radio uroczystości pogrzebowych, jadąc ulicami udekorowanymi we flagi przepasane kirem. Jasna Góra była jakby cichsza. Madonna w Ikonie znowu miała ten sam surowy, ale i matczyny wzrok. Gdy dotarłem do domu, mogłem zostać wreszcie sam. I wtedy chyba dotarło do mnie. Do serca. Chcę serdecznie podziękować ks. abp. Józefowi Michalikowi. Za świadectwo i passus o potrzebie ludzi sumienia. Dziękuję ministrowi Maciejowi Łopińskiemu za ludzki odruch i prawdę. Dziękuję pani Izabeli Saryusz-Skąpskiej za przesłanie skierowane do mnie. Dziękuję Prymasowi Polski, abp. Henrykowi Muszyńskiemu, za słowa o wierności małżeńskiej, wierności aż do śmierci i w śmierci. I proszę o jedno. Zanim zaczniecie wyznaczać nowe osoby i dokonywać jakichś wyborów, zanim zaczniecie podpisywać i zmieniać, zanim podacie takie czy inne przyczyny, dokonacie takich czy innych analiz i geopolitycznych obliczeń, zanim powrócicie do normalnych kolein polskiej rzeczywistości, zanim… Pozwólcie na chwilę ciszy. Chcę klękną w Krypcie Katyńskiej na Wawelu. Chcę posłuchać trzasku pękającego ziarna. Bo na kryptach buduje się katedry.

Ks. Jacek Świątek