Komentarze
Emocjonalna sieczka

Emocjonalna sieczka

Na kilka dni udało mi się przejść w tryb offline. Będąc na urlopie nie oglądałem programów informacyjnych, nie czytałem gazet, nie obserwowałem mediów społecznościowych, wreszcie - by nie otrzymywać żadnych powiadomień i wiadomości - wyłączyłem telefon.

W tym czasie przewietrzyłem głowę od rzeczy na co dzień uchodzących za niezwykle istotne. Od informacji, którymi należy się interesować i koniecznie śledzić. Komentarzy, które trzeba obowiązkowo znać. Poglądów, które wypada - najlepiej bezwarunkowo - wcielać w życie. Zajęty fizyczną robotą doświadczyłem tego, że świat nagle przestał krzyczeć.

Skosztowałem ciszy. Nie tej niezręcznej, z której nie wiadomo jak wybrnąć. Ale prawdziwej, kojącej, błogiej… Kiedy jednak musiałem wrócić do „życia”, aby zapełnić choćby jakimiś zdaniami poniższą, udostępnianą mi przez redakcję rubrykę, okazało się, że świat nadal istnieje i nic się na nim nie zmieniło. W trakcie mojej krótkiej nieobecności nie wybuchła żadna nowa rewolucja, nie zakończył się żaden z krwawych konfliktów, nie upadł ani jeden reżim, nigdzie nie wprowadzono stanu wyjątkowego. Urodziło się i zmarło tyle samo osób co w poprzednich tygodniach. Gdzieś trzęsła się ziemia, gdzieś doszło do katastrof. Do kogoś uśmiechnął się los na loterii. Ktoś dostał podwyżkę. Politycy sprzeczali się podobnie, jak czynią to od lat. Jak każdego dnia w roku z jakichś powodów jedni się smucili, inni radowali.

Słowem: świat się nie zawalił i nadal kręcił swoim rytmem. Za to ja z perspektywy kilku dni wolnych od natłoku informacji uświadomiłem sobie, jak wiele z tego, co na co dzień jest nam zewsząd narzucane jako „niezwykle ważne wiadomości”, jest po prostu nic niewartą emocjonalną sieczką. Na nowo uzmysłowiłem sobie, że wiele z tego, co wrzeszczące zewsząd media podają nam do wierzenia niczym powszechnie obowiązujące dogmaty, jest najzwyklejszą propagandą. Indoktrynacją obliczoną zazwyczaj na partyjne zyski tudzież nastawioną wyłącznie na osobiste korzyści agitacją ze strony ludzi mających realny wpływ na nasze otoczenie.

Wypuszczane nieustannie w przestrzeń publiczną newsy mają wywoływać w nas określone reakcje. Najlepiej jeśli są to gniew, niepokój, histeria albo święte oburzenie. Ten coś skomentował, tamten coś zrobił, inny postąpił wbrew narzuconym trendom, ktoś ubrał się niezgodnie z gustem współczesnych dyktatorów mody, ci nie tak się odezwali i wykonali nie takie gesty… Ludzie zaczynają to komentować, analizować i oceniać. Rozpoczyna się medialna nagonka. Prawdziwy sens wydarzeń znika. Nikt nie docieka prawdy. Nikogo nie interesuje, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Wszystko jest emocjonalnie pompowane tylko po to, by – jak mawia młode pokolenie – zrobić niewyobrażalnie wielką dramę.

Na szczęście nieznajomość tzw. przekazów dnia w żaden sposób nie zagraża naszemu życiu i zdrowiu. Wręcz przeciwnie. Doskonale wpływa na wewnętrzny komfort. Większość „pilnych informacji”, którymi zalewa nas świat, po zaledwie kilkunastu godzinach staje się czerstwa niczym bułki z marketu. Dlatego też nie warto się nimi emocjonować. Wielu rzeczy nie należy dobijać sobie do głowy. Tylko psychiczny komfort – o czym mogłem się przekonać – sprawia, że zyskujemy coś cennego: spokój oraz kontrolę nad tym, co lubimy i czym naprawdę chcemy i możemy się zajmować.

Leszek Sawicki