Komentarze
Mane, tekel, fares?

Mane, tekel, fares?

Chłop nawet jak śpi, to mu rośnie - prowokowali wsiowych. W dobie kartek odmawiali im prawa do kupowania mięsa i wędliny w miastowych sklepach, bo przecież mają swoje świnie, z którymi mogą zrobić, co im się żywnie podoba.

Jako bonus tego chłopskiego dobrobytu przywoływali „pełne zwierza bory” (które chłop mógł sobie poprzez wnyki i sidła przysposobić) i powodujące oczopląs, gęsto zalegające podwórze jaja gęsie i kurze. Takie wyobrażenie o wsi jeszcze i dziś towarzyszy wielu… Zwłaszcza tym miastowym, którzy za wszelką cenę starają się zapomnieć o swoim wiejskim pochodzeniu. I chociaż obserwujemy silny trend powracania na wieś, mody na mieszkanie na wsi, to jako rezydenci kojarzący ją z ciszą, relaksem, spokojem.

Nie ma w tych marzeniach o wiejskim osiedlaniu miejsca na ciężką pracę, koszmarem są „wsioskie” odgłosy i zapachy. Nie z jedną, ale z całym arsenałem świec nie znajdziesz gospodyni, która niesie do sklepu jajka, żeby je wymienić na cukier. Trochę lepiej ma się sprawa z pieczeniem chleba, ale to też działalność okolicznościowa. Główny postęp polega teraz na tym, że i jajek i chleba dostarcza nam… „biedronka”.

Dziś już nie uświadczysz chłopów, co to dwie krowy, trzy świnie, cztery kurki mają. Przekształcili się w rolników z ukierunkowanym na jeden zakres działaniem. A w całej wsi na palcach ich jednej ręki policzysz i jeszcze ci nawet parę wolnych zostanie.

Dorobek-zarobek to u nich taki jest, że go darmo albo za „co łaska” całkiem obcym ludziom ostatnio już rozdają. Tony papryki, ziemniaki, pomidory, cebula, a na deser śliwki. Takiego doczekaliśmy dobrobytu. Skąd więc słowa rolników rozdawników o bezsilności, tragedii, stratach i pracy na marne? I że jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat nic się w Polsce nie będzie uprawiać na przemysłową skalę. A życiodajne pola będą leżały ugorem.

Złoty interes przy tym rozdawnictwie zwąchały już markety. Takiej okazji nie godzi się przepuścić. Dziś np. paprykę, którą rolnik oddaje za 20-60 gr, oferują klientowi po 10 zł za kilogram. Z pięciu groszy, które rolnik dostaje za ziemniaki, cena w sklepach podskakuje do co najmniej 2 zł. Inne tzw. płody rolne mają podobną przebitkę. A wielu – zbyt wielu miastowych żyje w przekonaniu o astronomicznych zyskach użytkowników roli. Kto przytula tę kasę, która w pielgrzymce od rolnika do marketów aż tak bardzo wzrasta? Ktoś w ogóle polskim rolnictwem zarządza? Czy tylko robi miejsce dla barachła z Mercosuru?

Wygląda na to, że piękne hasło „żywią i bronią” przechodzi do historii. Tajemnicza(?) ręka wypisuje polskiemu rolnictwu nowe: mane, tekel, fares. Baltazar świetnie się bawi. Baltazar jeszcze nie wie, że w noc uczty zostanie zabity.

Uczta Baltazara? Same, matołki – ministry, rządziciele – się uczta. Że i waszą ucztę dopadną konsekwencje. Że i wasze rozpasanie dopadnie rychły kres.

 

Anna Wolańska