Protestanci
Żeby się Burkom i Azorom życie uwiązanego niewolnika wreszcie zakończyło. Żeby mogły mieć swoje osobiste psie mieszkanka: nie żadne budy i - broń Boże! - łańcuchy, tylko kojce uczciwe, w zależności od wagi tego najlepszego przyjaciela człowieka co najmniej o 10 albo i 20, a najlepiej 30 m² gabarycie. I w górę nie mniej niż 1,7 m. Żeby i wyturlać się psiecka, i podskoczyć se mogły.
Taka się ruchawka w związku z tym niedoszłym dobrobytem piesków porobiła, takie się – wobec zwłaszcza wsiowych zwierzątek – miłosierdzie w elitach odezwało, że oho-ho-ho-ho i jeszcze jedno ho! Bo wiadomo – w mieście to i w mieszkaniu o rozmiarach proponowanego w ustawie kojca rasowym dogom bardzo dobrze się wiedzie. Lufcik (o ile się go ma) można im w takim mieszkanku-kojcyku rozszczelnić i niech rozmyślają, kiedy gospodarze powrócić do domu zechcą i pieska przez pół godziny po całym dniu przewietrzą.
Do ataku na prezydenta z zapałem oderwana od rzeczywistości estradowa celebrycja się zerwała. O cofnięcie weta zaapelowała („jest tylko jedna”) królowa estrady. Pochyliła się głównie nad ludem wsiowym, który, według niej, wcale nie musi mieć pieska, jeśli go nie stać na kojec. O ludzie miejskim i blokowiskowych kojcach ani się zająknęła. Inna „diva” – jako że nieszczęścia lubią się włóczyć parami – z powodu pieskiego losu psów też smuteczkiem ze sceny zawiała.
Niedostatek prezydenckiego serca wobec czworonogów zbulwersował też celebrycję polityczną, która ruszyła w sukurs wyżej wspomnianemu. Europoseł uśmiechniętej koalicji zastanawiał się, co prezydent „ma we łbie”, że wetuje tak przyjazną psieckom ustawę. Jeszcze inny bohatersko ujawnił nawet swój życiowy intym: z miłości do psiego rodu rzucił dziewczynę, kiedy wyjawiła, że psa na uwięzi trzyma.
Facebookowym aktywist(k)om też – wskutek smutnego losu piesków – „serce pęka”, więc czekają z nadzieją, aż odpowiednia, według nich, osoba zostanie prezydentem. Póki co w tej nagonce na głowę państwa przyczaiła się gdzieś szefowa wszystkich wieców/marszów i jej wulgarna fraza. Swoich trzech groszy nie pożałował za to szef wszystkich szefów uśmiechniętej brygady, który – jak przystało na tak wysoką rangę – po przyjacielsku („I co ci psy zawiniły?”) prezydenta upomniał.
A przecież wystarczyło zafundować sobie ciutenieczek zachodu, żeby wiedzieć, że prezydent wcale nieprzyjacielem wsiowych i miastowych piesków nie jest. A nawet wręcz przeciwnie.
A celebrycja nie musi po raz kolejny udowadniać, jak bardzo jest empatyczna. Wciąż pamiętamy chociażby jej emocjonalny udział w obronie życia ciężarnych samic dzika. Albo „skazanych na męki” biednych kobiet, którym odebrano „prawo decydowania o swoim ciele”, czyli – mówiąc po ludzku – możliwość legalnej aborcji na życzenie. Ot, i logika. Niebezpiecznie się bryła naszego świata turla. Ktoś zaprotestuje?
Anna Wolańska