Kiedy Głębia przyzywa głębię
Owo przekonanie czerpał z codziennej adoracji. Dlaczego uważał, że warto trwać przed Jezusem Eucharystycznym? „Ponieważ w naszym zabieganym życiu potrzeba sporo czasu, by strząsnąć z siebie «demony południa», doczesne troski, które przyczepiają się do naszej duszy niczym pył i przysłaniają nam obecność Boga. Te codzienne problemy i troski sprawiają, że nasze oczy są jakby «na uwięzi», tak że nie możemy Go rozpoznać.
Patrzenie na eucharystycznego Jezusa sprawia, że nasze oczy otwierają się i rozpoznajemy Go. Wreszcie dochodzimy do momentu, w którym nie chcemy odchodzić. Jakby czas zdawał się za krótki. Gdy podnosimy się, pytamy: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» (Łk 24,32)” – tłumaczył abp F. Sheen.
Jezus i ja
W kontekście adoracji często pada pytanie o to, jak powinniśmy to czynić. Wiele osób szuka konkretnych instrukcji i podpowiedzi. Ci, którzy systematycznie trwają przed Jezusem Eucharystycznym, powtarzają, że w adoracji liczy się przede wszystkim obecność. Adoracja to realne spotkanie Boga i człowieka, Zbawiciela i grzesznika, Nauczyciela i ucznia, Lekarza i chorego, Pana pełnego potęgi i słabego stworzenia niosącego na sobie fizyczne i duchowe ciężary. Jezus podczas adoracji każdemu, kto przed Nim klęka, mówi: „Jestem”. I tego samego oczekuje od nas. Nie trzeba napinać duchowych muskułów ani silić się na wyszukane modlitwy czy słowa. Najważniejsze jest przyjście na adorację i samo bycie przed Jezusem. Trwanie przed Panem wystawionym w Najświętszym Sakramencie skutkuje przemianą w człowieku, odnawia jego myślenie, czucie, postrzeganie siebie i świata.
Owocne zastępstwo
Ks. Bogusław Kowalski, proboszcz parafii Nawrócenia św. Pawła na warszawskim Grochowie, w jednym z wywiadów podzielił się dwoma niezwykłymi świadectwami dotyczącymi adoracji. Podkreślał, że obie sytuacje są prawdziwe. Pierwsza dotyczyła kobiety, która regularnie, co tydzień, uczestniczyła w wieczystej adoracji. Raz w tygodniu, w wyznaczonym dniu, przez godzinę trwała przy Jezusie. Należała do stałego grona adorujących w swojej parafii. Zmartwiła się mocno, gdy przyszło jej wyjechać na turnus do sanatorium, bo musiała znaleźć kogoś na zastępstwo na swój „dyżur przed Jezusem”. Potrzebowała osoby, która zastąpi ją dwukrotnie w czasie jej nieobecności. Niestety, wszelkie próby poszukiwań spełzły na niczym. Zdesperowana postanowiła poprosić o pomoc swego męża. Nie było to łatwe, gdyż małżonek uważał się za… zadeklarowanego ateistę! Nie miał nic przeciwko praktykom żony, ale sam kościół omijał szerokim łukiem. Zatem kiedy żona poprosiła go o zastępstwo, był mocno zaskoczony. Zapytał, co miałby tam robić i po co iść. Kobieta spokojnie wyjaśniła: „Nic nie musisz robić, tylko pójdź do kaplicy, usiądź w ławce i siedź przez godzinę. Zrób to dla mnie, a ja będę spokojna, że ktoś mnie zastąpił”. Zgodnie z ustaleniami mężczyzna poszedł raz, potem drugi. Żona zaraz po powrocie bardzo mu za to dziękowała. W najśmielszych marzeniach nie spodziewała się jednak tego, co usłyszy od męża. Ten, jeszcze do niedawna niewierzący mężczyzna powiedział: „Kochanie, nie ma problemu, ale ja tej godziny adoracji już ci nie oddam. To będzie moja godzina. Teraz musisz znaleźć sobie inną”.
Co wydarzyło się w sercu tego człowieka podczas „siedzenia” przed Najświętszym Sakramentem? Co poczuł, a może usłyszał? Co sprawiło, że wrócił na drogę wiary? To tajemnica, którą znają tylko on i Jezus.
Patrzeć na Pana
Drugie świadectwo, o którym opowiedział ks. Bogusław, dotyczyło starszego mężczyzny – wdowca, który raz w tygodniu przed dwie godziny wiernie adorował Pana Jezusa. Jego stała obecność została zauważona przez księdza. Pewnego dnia kapłan podszedł do niego, mówiąc, iż podziwia go za stałość na tej modlitwie. Mężczyzna z prostotą przyznał, że ma dużo czasu i „lubi, jak Pan Jezusa patrzy na Niego, a on na Jezusa”. Wyznał, że jest mu drogie takie trwanie przed Najświętszym Sakramentem. W rozmowie z wielką naturalnością wypowiedział jeszcze kilka innych ciekawych myśli o Eucharystii. Zaskoczony ksiądz poprosił go o napisanie krótkiego świadectwa. Wdowiec uśmiechnął się tylko i odpowiedział: „Ja nie umiem pisać; całe życie byłem tylko prostym robotnikiem, kopałem rowy i pracowałem na budowie”. Skąd więc miał takie myśli o swojej relacji z Jezusem? Dlaczego umiał mówić o niej tak pięknie? Co działo się między nim a Chrystusem na adoracji? I znów: to wiedzą tylko on sam i Jezus!
Nie ma jednej metody
Choć świat ulega laicyzacji i odchodzi od Chrystusa, to jakby na przekór temu zjawisku w wielu miejscach na ziemi powstają kolejne kaplice wieczystej lub dziennej adoracji. Często są one organizowane na prośbę i z inicjatywy świeckich. Rodzą się z potrzeby serca i chęci modlitwy. Tu ludzie szukają ciszy, chcą się zatrzymać, odpocząć, nabrać dystansu do tego, co przeżywają. Tu chcą słuchać Jezusa.
Trzeba przyznać, że na dobre przeżywanie adoracji nie ma jednej recepty ani zasady. Jesteśmy różni, mamy odmienne temperamenty, problemy i doświadczenia. Punktem startowym powinna być świadomość, że adoracja to moje spotkanie z żywym Jezusem. Już na jej początku warto ten czas powierzyć Duchowi Świętemu i poprosić Go, aby nas przez niego przeprowadził. Nieprawdziwe jest też stwierdzenie, że na czas adoracji powinniśmy schować różańce do kieszeni. Jeśli mamy takie pragnienie, możemy adorować Chrystusa z Maryją, rozważając tajemnice Jego życia. Podobnie jest z koronką czy litaniami. Adoracja nie wyklucza również modlitwy własnymi słowami. Jezus obecny w Najświętszym Sakramencie chce do nas mówić, ale też słuchać. Mamy prawo opowiedzieć Mu o tym, co nas boli, cieszy, za co jesteśmy wdzięczni albo czego nam brakuje. Taka modlitwa też jest nam potrzebna, bowiem na adoracji nie zawsze musimy posługiwać się oficjalnymi formułkami. Pomocne mogą być także akty strzeliste albo nawet samo powtarzanie tzw. modlitwy Jezusowej („Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną”) lub imienia Jezus. Powolne, uważne, nabożne wypowiadanie krótkich zwrotów to też modlitwa!
A czego się wystrzegać? Zwracajmy uwagę na to, by adoracja Jezusa nie przerodziła się w adorację naszej własnej osoby, by nie skupiać się tylko na tym, „co ja czuję, potrzebuję i czego mi brak”. To Jezus ma być w centrum, to Jego obecność i słowa powinny być na pierwszym miejscu. Adoracja to nie tylko ofiarowanie Mu swojego czasu, to też otwarcie się na Jego łaskę i obecność, to pozwolenie, by głębia Jego miłości i miłosierdzia przyzywała głębię naszej słabości i grzeszności.
W ciszy i w cieniu Hostii dzieją się wielkie duchowe rzeczy, trzeba tylko przyjść z wiarą w to, że w konsekrowanym Chlebie jest żywy i prawdziwy Jezus. Trzeba przed Nim uklęknąć i pozwolić, by zachwycił nas swoją świętą i czułą obecnością. To zatrzymanie przed Jezusem ma sens!
Jadwiga Wierzchowska – wdowa konsekrowana
Adoracja Najświętszego Sakramentu to nie jest zwykła chwila ciszy. To prawdziwe spotkanie, bez masek, pośpiechu, bez tłumaczeń. Przychodzę taka, jaka jestem. Zmęczona ciężarem dnia i utrudzona wydarzeniami tego świata, pogubiona, wdzięczna, poraniona, milcząca. I staję przed Tym, który naprawdę jest! Nie trzeba wielu słów. Nie trzeba umieć modlić się „pięknie”. Nie trzeba mieć wszystkiego poukładanego. Przy Jezusie ukrytym w Najświętszym Sakramencie wystarczy po prostu być. Bo adoracja nie polega na tym, że ja coś daję Bogu. Ona polega na tym, że pozwalam Mu działać. Pozwalam, by Jego obecność dotknęła miejsc, do których nie potrafi dotrzeć nikt inny. Pozwalam, by Jego pokój wszedł tam, gdzie w sercu od dawna trwa niepokój. Pozwalam, by Jego światło rozjaśniło to, czego sama już nie umiem unieść. W świecie pełnym hałasu adoracja jest przestrzenią, w której dusza znowu zaczyna oddychać. W świecie pełnym chaosu adoracja przypomina mi, że Bóg nadal jest blisko. W świecie pełnym pozorów adoracja stawia mnie twarzą w twarz z Prawdą, która nie rani, tylko uzdrawia. Czasem podczas adoracji nie dzieje się nic. Nie ma wielkich emocji, wzruszeń, niezwykłych słów, a jednak właśnie wtedy dzieje się najwięcej. Bo Jezus nie zawsze działa głośno. Często działa w ciszy, delikatnie, głęboko, tam, gdzie nikt nie widzi. Adoracja uczy mnie miłości, która nie szuka siebie, ciszy, która nie jest pustką; obecności, która przemienia serce. I może właśnie dlatego czuję, że wychodzę po niej inna, spokojniejsza. Bo przed Najświętszym Sakramentem nigdy nie jestem sama. Jestem przed Jezusem żywym, obecnym, czekającym. On nie patrzy na mnie z wyrzutem, z pretensją, ale z miłością. Szczególnie lubię czwartkowe Godziny święte w naszym kościele, kiedy mogę modlić się za tych, którzy porzucili swoje plany, zostawili domy rodzinne i oddali życie na służbę Bogu i człowiekowi. Adoracja dla mnie to zaraz po Eucharystii najpiękniejsza modlitwa, w której mogę uwielbiać, dziękować i prosić o wszystko, nawet wtedy, gdy zabraknie słów…