Komentarze
Cóż szkodzi zrekonstruować

Cóż szkodzi zrekonstruować

No i stało się. Właśnie nakręcili ostatni odcinek opery mydlanej pt. „Rekonstrukcja rządu”.

Najwytrwalsi widzowie śledzący perypetie radosnych bohaterów koalicji 13 grudnia doskonale wiedzą, że reżyser owego wiekopomnego dzieła o zmianie odtwórców pierwszoplanowych ról napomknął już na początku lutego. „To będzie zmiana systemowa. Będziemy mieli nie jeden z największych rządów w Europie, tylko jeden z najmniejszych rządów w Europie, jeśli chodzi o strukturę rządu” - mówił w środku zimy premier Tusk. Minęła zima. Przeleciała gorąca politycznie wiosna.

Kandydaci obozu władzy pretendujący do objęcia stanowiska głowy państwa brawurowo polegli podczas wiosennego święta demokracji. Koalicyjne wojsko poszło w rozsypkę. Przyszło lato. Gawiedź rozpoczęła kanikułę. Rolnicy ruszyli żniwować. Kosmonauta Sławosz wrócił na Ziemię, a nawet na ojczystą ziemię… I w końcu, w dzień po 70 urodzinach stołecznego Pałacu Kultury i Nauki, w czasie, gdy warszawkę bardziej pasjonują prognozy pogody i paragony grozy w kurortach niż wydarzenia polityczne, nasz wielki strateg dokonał zapowiadanych roszad.

Zgodnie z zimową zapowiedzią nowy rząd wcale nie jest najmniejszy w Europie. 21 ministerstw to wprawdzie mniej niż np. 24 we Włoszech, ale wciąż więcej niż 16 w Niemczech. Dalszym ciągiem reformatorskich zabiegów ma być redukcja wiceministrów, na którą wciąż z niecierpliwością czekamy. Obecna koalicja – jak doskonale pamiętamy – najpierw atakowała poprzedników za rekordową liczbę ministrów, nazywając to rządowym Bizancjum. Potem stworzyła Bizancjum równie okazałe. Przed zmianą było to ponad 120 ministrów, wiceministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu.

Czy rekonstrukcja miała zatem na celu udobruchanie zniesmaczonej części elektoratu i zdjęcie z Tuska ciążącego na nim odium, jakoby niczym nie różnił się od poprzedników? Ależ skąd. Rekonstrukcja ma przede wszystkim zatrzymać odwrót zwolenników obozu rządzącego, zewrzeć szeregi i przygotować pole do kontrataku. W zamierzeniu premiera ma być końcem powyborczej smuty i dać sygnał elektoratowi, że walka się nie skończyła. „Jedna porażka nie oznacza przegranej batalii” – stwierdził premier podczas ponad 45-minutowej sejmowej tyrady, prezentując nowy gabinet.

W czasach, gdy nawet zwolennikom Koalicji Obywatelskiej coraz częściej wypadają z ust słowa: „Tuskowi nie idzie”, wyraźnie wypalony i zmęczony premier, aby dalej kurczowo trzymać się stołka, musiał pokazać twardogłowym, że jednak coś robi. Ale im dalej od wyborów 2023 r., tym bardziej Tusk ucieka w przeszłość i sięga po rozwiązania, które – jak mu się wydaje – kiedyś wychodziły. Po okresie rozpaczania oraz hamletyzowania, aby odbić się od dna i zacząć przejmować polityczną inicjatywę, zdecydowanie mają przyspieszyć rozliczenia poprzedników. Tą niecierpiącą zwłoki kwestią zajmie się nowy szef resortu sprawiedliwości Waldemar Żurek. Ten sam, co pościerał sobie zęby od zaciskania szczęki ze złości na reformy PiS-u. Ten, co domagał się od państwa pieniędzy na odbudowę starego uzębienia. Ten, co żądał od własnej córki zwrotu nadpłaconych alimentów.

No cóż, po raz wtóry mamy dowód na to, że każdy kolejny demokratyczny rząd w Polsce jest głupszy od poprzedniego. Po raz kolejny potwierdza się też stare powiedzenie, że od mieszania herbaty w szklance cukru nie przybywa. Wizerunkowo i merytorycznie sprzedanie tego rządu jest wręcz niemożliwe, ale – parafrazując klasyka – cóż szkodziło zrekonstruować.

Leszek Sawicki