Komentarze
Mogło być lepiej

Mogło być lepiej

Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Gdyby tę jedną ze słynniejszych fraz wygłoszonych niegdyś przez towarzysza Leszka Millera przyłożyć do prezydenta Andrzeja Dudy, to ocena głowy państwa, której „panowanie” przeszło właśnie do historii, byłaby ze wszech miar druzgocąca.

O Andrzeju Dudzie można by powiedzieć wszystko, ale nie to, że był politykiem stanowczym i asertywnym. Mało osób pamięta, a i sam prezydent w oficjalnej biografii na stronie internetowej kancelarii również o tym nie wspomina, że karierę polityczną zaczął jeszcze w Unii Wolności. Kiedyś ktoś powiedział, że człowiek może wyjść z Unii Wolności, ale Unia Wolności z człowieka nigdy, bo Unia Wolności to nie partia, a stan umysłu.

Patrząc uczciwie na dekadę, jaką Andrzej Duda spędził w Pałacu Prezydenckim, wydaje się, że zacytowany pogląd wcale nie jest oderwany od rzeczywistości. Wiele decyzji prezydenta ciągle budzi wątpliwości, a ich skutki odczuwamy do dziś. Mowa chociażby o całym zamieszaniu z wymiarem sprawiedliwości. Wiele decyzji jest niezrozumiałych, jak choćby weto ustawy o pozbawieniu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu. Wreszcie niektóre jego zachowania dają wiele do myślenia. Kiedy np. powstał kuriozalny list 40 zagranicznych ambasadorów w sprawie tęczowych środowisk, a ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher stwierdziła: „w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii”, prezydent nie tylko stanowczo się nie sprzeciwił, ale wręcz podkulił ogon i, wycofując się ze swoich własnych słów z kampanii wyborczej, tłumaczył Amerykanom, że chyba coś źle zrozumieli.

Nie do obrony jest polityka prezydenta wobec Ukrainy. O ile w pierwszym okresie wojny była ona rozsądna, to później Andrzej Duda, mówiąc kolokwialnie, dostał jakiegoś odlotu, stając się niemal wiceprezydentem naszego wschodniego sąsiada. Dopiero na kilka tygodni przed końcem kadencji zaczął mówić głosem Konfederacji: „Nie da się dłużej ignorować faktu, że niektóre działania władz w Kijowie godzą w polski interes gospodarczy”. Niezrozumiałe jest również milczenie prezydenta podczas pandemii, kiedy rząd za pomocą rozporządzeń odbierał rodakom podstawowe wolności czy cenzurował, a nawet zamykał niektóre media.

W ciągu dziesięciu lat urzędowania prezydent nadał ponad 950 tys. orderów i odznaczeń państwowych. Wśród wyróżnionych było wiele zacnych osób, jak m.in. Wanda Półtawska czy Andrzej Nowak, ale w tym gronie znalazł się również Wasyl Zwarycz – ambasador Ukrainy w Polsce, który niejednokrotnie, wykazując się skrajną bezczelnością, oskarżał ludzi pilnujących polskiego interesu o sprzyjanie Rosji, a w sprawie Wołynia jak ognia unikał mówienia o ukraińskim sprawstwie.

Drugą kadencję prezydent skończył w atmosferze gasnącego autorytetu, wyraźnego deficytu przywództwa i braku politycznego wyczucia. Jego ostatnie działania nie wpisały się w żadną spójną wizję ani państwową strategię. To była raczej próba przypodobania się wszystkim i zarazem nikomu. Duda nie potrafi odnaleźć się ani jako mąż stanu, ani jako lojalny członek obozu, który wyniósł go do prezydentury. Po latach dryfowania między lojalnością wobec PiS-u a własnymi ambicjami kończy kadencję w stanie politycznej izolacji. Jednak na tle poprzedników – jak ktoś ich nazwał: Donosa, Polmosa i Bigosa – jego dwie kadencje były w miarę normalne. W miarę normalna była (z wyłączeniem kwestii wołyńskiej) polityka historyczna i patriotyczna. Zdaję sobie sprawę, że taka ocena nie spodoba się fanatycznym wyznawcom obecnej partii opozycyjnej. Ale prawdziwą weryfikacją dla Andrzeja Dudy będzie dopiero prezydentura Karola Nawrockiego.

Leszek Sawicki