My, bilionerzy
Działo się tak za dwóch pierwszych gabinetów Tuska, kiedy po przejęciu władzy w 2007 r., w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy drakońsko podniesiono podatki i wprowadzono kilka nowych danin, jak choćby podatek od miedzi i srebra, podatek bankowy czy e-myto via toll. Tuż przed ucieczką Tuska do Brukseli zadłużenie sektora finansów publicznych stanowiło ponad 57% produktu krajowego brutto.
Nie inaczej jest dziś. Po przeszło półtorarocznym sprawowaniu władzy przez uśmiechniętą od ucha do ucha ekipę stan finansów państwa jest katastrofalny. Rekordowo wysoki deficyt budżetowy wyniesie – o ile nie zostanie jeszcze bardziej przekroczony – aż 289 mld zł. Lawinowo rośnie dług publiczny. Na koniec roku ma on osiągnąć 58% PKB. Polska jest w unijnej procedurze nadmiernego deficytu. Stojący pod ścianą rząd, by zatrzeć swoją nieudolność, proponuje podwyżki podatków. Dodatkowe wpływy do budżetu mają pochodzić m.in. ze wzrostu podatku bankowego, akcyzy na alkohol i papierosy, podatku od wygranych w konkursach, opłaty cukrowej, opakowaniowej, podatku od smartfonów (opłata reprograficzna). Są też zapowiedzi nowego podatku cyfrowego czy podatku od nieruchomości. W życie wchodzą właśnie nowe opłaty za przeglądy techniczne pojazdów, a wielu przedsiębiorców uskarża się na działania Krajowej Administracji Skarbowej wydającej niekorzystne dla podatników indywidualne interpretacje przepisów.
W 2009 r. premier D. Tusk wraz z ówczesnym ministrem finansów Jackiem Rostowskim ogłosili Polskę zieloną wyspą, która niemal suchą nogą przeszła przez globalny kryzys finansowy. W tym roku ten sam premier w obecności innego ministra od finansów – Andrzeja Domańskiego – przekazał nam kolejną radosną wieść. Oto Polska właśnie dołączyła do grona 20 najlepszych gospodarek świata, czyli do grona „bilionerów” – to znaczy krajów, których PKB osiągnął bilion dolarów. To oczywiście wspaniała wiadomość, która powinna cieszyć każdego obywatela, podobnie jak miało to miejsce w czasach towarzysza Gierka, kiedy Polska była nie żadną tam dwudziestą, ale dziesiątą potęgą gospodarczą globu. I tylko „chwilowe trudności” sprawiały, że statystyczny Polak na najtańszą koszulę musiał wówczas harować blisko 40 godzin, a przeciętny Japończyk zaledwie dwie. I choć w papierach, a zwłaszcza w oficjalnych przemówieniach i telewizyjnych przekazach wszystko grało niczym – nie przymierzając – zawory w zajechanym silniku, to szybko nastąpił bolesny powrót do rzeczywistości i „chwilowe trudności” zakończyły się katastrofą.
Teraz również wszystko gra, zwłaszcza w przekazach TVP w likwidacji, która na dalsze funkcjonowanie – co właśnie ogłoszono – pilnie potrzebuje kolejnych 800 mln zł z budżetu państwa. Wszystko się zgadza w internetowych wpisach premiera, a także w opinii jego promiennych współpracowników. O jakichś „chwilowych trudnościach” przebąkuje tylko coś amerykańska agencja ratingowa Fitch Ratings, która kilka godzin po radosnej nowinie Tuska o wejściu naszego kraju do ekskluzywnego klubu bilionerów obniżyła perspektywę Polski ze stabilnej do negatywnej, wskazując na wysoki deficyt i rosnący dług publiczny. O tym, że coś jest na rzeczy, mówi też mina naszego ministra gospodarki i finansów pana Domańskiego. Nie wiem, jak szanowni Czytelnicy, ale ja dawno nie widziałem na jego twarzy uśmiechu. Czyżby wiedział o czymś, z czego my, bilionerzy, nie zdajemy sobie sprawy?
Leszek Sawicki