Komentarze
I śmieszno, i straszno

I śmieszno, i straszno

Kilkanaście dni po brawurowym nalocie styropianowo-tekturowych dronów na Polskę wiemy tyle, że… nic nie wiemy. Wiarygodne wiadomości są nam dawkowane w mizernych - jak mawiają lekarze i farmaceuci - bezpiecznych dawkach dla zdrowia.

Każdy, kto samodzielnie próbuje dociec prawdy, a nie - jak powiedziała ministra Zielińska - ufa temu, co słyszy w Telewizji Polskiej, np. w programie „19.30” - z automatu staje się ruską onucą. Ponieważ ja nie daję wiary temu, co mówią oficjalne media, a ruską onucą, szurem, foliarzem i płaskoziemcem jestem od chwili, gdy dołączyłem do chóru „dezinformatorów” nieufających tym samym mediom (tylko pod innymi rządami) w sprawie najpopularniejszej odmiany grypy w ostatnich dekadach, dlatego i tym razem nie zamierzam grać w drużynie nastawionej wyłącznie na sianie paniki i podtrzymywanie atmosfery grozy.

Złośliwcy twierdzą, że drony spadły Tuskowi z nieba i mogły przykryć większość jego wciąż piętrzących się problemów, a niektóre wręcz rozwiązać. Premier i jego otoczenie jeszcze na kilka godzin przed nalotem tekturowych wabików nie mieli bladego pojęcia, jakie stanowisko oficjalnie zająć po wizycie prezydenta Nawrockiego w USA przez zdecydowaną większość komentatorów i polityków uznawanej za sukces. Rząd cały czas musi wmawiać rodakom, że żyje im się dostatnio, a Polska rośnie w siłę mimo rekordowego zadłużenia i deficytu budżetowego, których nie udaje się zatuszować trikami kreatywnej księgowości. O sytuacji w uśmiechniętej koalicji – w chwili, gdy PSL jest popierane przez 3,8%, a Polska 2050 Szymona Hołowni przez zaledwie 1% respondentów – szkoda nawet wspominać. Do tego dochodzą zapowiedzi nieuchronnego wzrostu cen ogrzewania, energii, żywności, niezrealizowane 100 obietnic, zatrzymane inwestycje, blamaż z pieniędzmi z KPO czy wreszcie pełna uległość względem Brukseli i Berlina.

Wszystkie te bolączki władzy miały i mogły zamaskować bezzałogowe statki powietrzne napędzane grozą i gęstymi oparami wojennej histerii. Jednak kiedy mamy do czynienia z Tuskiem i jego współpracownikami, należy zapomnieć o faktach i rzeczywistych ustaleniach, a skupić się na propagandzie. W ostatnich dniach mogliśmy doświadczyć istnego zapętlenia kłamstw i manipulacji, które ostatecznie większość przerażonego społeczeństwa przestały straszyć, a zaczęły śmieszyć.

Rząd, choć z jednej strony przestrzegał przed dezinformacją, paradoksalnie stał się jej głównym źródłem. Tusk, który nagle zamienił powodziową kurtkę sprzed roku na bojowy mundurek w stylu Zełenskiego, z dronowego incydentu natychmiast zrobił polityczną burzę, ustawiając się w pozycji jedynego zbawcy narodu oraz gwaranta bezpieczeństwa w Europie. I choć internety, co odważniejsi publicyści, a zwłaszcza znawcy tematu powątpiewali w oficjalne komunikaty rządowe, premier postanowił brnąć dalej i doprowadzić do zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ i ośmieszyć Polskę. Kiedy wiceminister Marcin Bosacki, trzymając nad głową zdjęcie przedstawiające dom pozbawiony dachu i mający wyrwę w żelbetonowym stropie, z niezwykłą pasją przekonywał zebranych, że jest to koronny dowód na celową rosyjską agresję przeciw Polsce, Tusk doskonale wiedział, że budynek w Wyrykach zniszczył nie dron, a elementy rakiety wystrzelonej z jednego z sojuszniczych samolotów NATO. Dlaczego zatem przedstawiciel rządu kłamał? A może ktoś celowo, z wiadomych sobie powodów, postanowił zaszkodzić Polsce, wypuszczając fałszywkę dla Bosackiego, by ten skompromitował i ośmieszył nasz kraj na arenie międzynarodowej? Może byli to Rosjanie, może Ukraińcy, a może…? A może widząc, z jak nieudolną, skompromitowaną i szkodzącą Polsce władzą mamy do czynienia, nie należy drążyć aż tak głęboko. Może wystarczy tylko połączyć odpowiednie kropki.

Leszek Sawicki