Komentarze
Talent bez talentu

Talent bez talentu

Proszę Państwa, wraz z początkiem tegorocznej jesieni w Polsce skończył się Szymon Hołownia - można by sparafrazować słynne zdanie, wypowiedziane niegdyś przez równie słynną aktorkę.

Do wielkiej polityki popularny i wyluzowany gwiazdor TVN wszedł niespełna sześć lat temu, gdy w grudniu 2019 r. ogłosił start w wyborach prezydenckich. Hołownia miał naprawić oraz na pokolenia zmienić polską politykę. Jego - jak uważa liczne grono złośliwych - „konserwatywne” poglądy z gatunku bezobjawowych szybko znalazły wielu wyznawców. Ekstranowoczesny chrześcijanin, świecki papież polskiego mainstreamu, przyjaciel otwartych na zmiany katolików, kaznodzieja przekonany o tym, że jedyną słuszną drogą do szczęścia są uczynki miłosierdzia wobec ciała...

…oraz wobec zwierząt, które będą nas sądzić w dniu ostatecznym, wreszcie farbowany antysystemowiec sprzeciwiający się rządom duopolu – w 2020 r. z przyzwoitym wynikiem (13,87%) zajął trzecie miejsce w wyścigu o Pałac Prezydencki. Na tej bazie szybko zbudował ruch społeczny, a następnie ugrupowanie swojego imienia, wyznaczając horyzont szeroko zakrojonych zmian aż na 2050 r. Dodatkowo, gdy został marszałkiem Sejmu RP, wielu analityków wróżyło mu świetlaną polityczną przyszłość. Niektórzy wręcz twierdzili, że w krótkim czasie wygryzie Donalda Tuska i zostanie niekwestionowanym liderem koalicji 13 grudnia.

I tu można by postawić kropkę, bowiem to chyba wszystko, co się dotychczas Hołowni udało. Dziś już wiadomo, że na własnej skórze, jako polityczny żółtodziób, sromotnie przekonał się, że twarda polityka nie jest zabawą dla grzecznych chłopców, lecz areną bezwzględnej walki na śmierć i życie.

Do jego politycznego zgonu niewątpliwie przyczynił się szczwany lisek z Sopotu. Popularność i dobra passa, jaką cieszył się Hołownia, począwszy od październikowych wyborów 2023 r., musiała zaboleć, i zabolała, Tuska. Ponieważ w uśmiechniętej koalicji lider mógł być tylko jeden, premier natychmiast zaczął robić z Szymka człowieka mema. Tusk sukcesywnie, dzień po dniu, cegła po cegle budował z niego klauna, wsadzał na miny i teraz, kiedy wszystkie media z drwiną pokazują notowania marszałka rotacyjnego oscylujące wokół błędu statystycznego, ten przyparty do muru, obawiając się przyszłych rozliczeń (gdy nie będzie go chronił żaden immunitet), ogłasza swój koniec w – jak dosadnie stwierdził – krajowym szambie i postanawia z niego uciec. Mimo braku elementarnych kwalifikacji Hołownia pragnie zbawiać już nie rodaków, ale cały świat jako wysoki komisarz ONZ do spraw uchodźców.

Typowy narcyz, człowiek posiadający nadmiernie wyidealizowany obraz samego siebie, bez podziwu, owacji i akceptacji ze strony innych po pierwszych porażkach i niepowodzeniach nie wytrzymał ciśnienia i właśnie odleciał. Hołownia nigdy nie był i na pewno nigdy już nie będzie politykiem z krwi i kości. Przez sześć lat nie zrozumiał, że celem polityka nie jest chwilowe wejście na szczyt osobistej popularności. Celem jest zdobycie popularności po to, by móc robić rzeczy, które chce się zrobić. Tak rozumiana polityka ma sens, a prowadzący ją polityk pozostaje w grze na lata niezależnie od tego, czy są one tłuste czy chude. Tymczasem Hołownia prowadzący niegdyś telewizyjne show pt. „Mam talent” okazał się być osobą pozbawioną talentu i to nie tylko politycznego. W kartonowym tuskolandzie druga osoba w państwie dała się poznać jedynie jako posklejany taśmą twór z dykty i styropianu.

Leszek Sawicki