Komentarze
Bo co nagle…

Bo co nagle…

Podsumowując 100 dni swojego urzędowania, prezydent Karol Nawrocki „pochwalił się” w Mińsku Mazowieckim, że przez jedno z politycznych środowisk został nazwany wetomatem.

Co by o tym nie myśleć, należy przyznać, że mamy wyraźny, systematyczny (a kto wie, czy nie systemowy?!) postęp od nieodległych przecież czasów prezydentury Andrzeja Dudy, który przez politycznych przeciwników został zanotowany jako „długopis” i „notariusz”. Można więc bez większego pudła założyć, że działalność obu prezydentów przyczynia się do podejmowania intelektualnego wysiłku przez ich politycznych przeciwników. Wetomat to już przecież zaawansowana myśl techniczna, takie koleżeństwo ze sztuczną inteligencją.

W przypadku ksywki „notariusz” nie mam w kwestii technicznej za bardzo sprecyzowanego poglądu. Wiem tylko, że przed paru laty protestowała przeciw niej Krajowa Rada Notarialna, ubolewając, że „posługiwanie się tym określeniem jest krzywdzące zarówno dla samej instytucji notariatu, jak i polskich notariuszy oraz przyczynia się do budowania nieprawdziwego wizerunku osób wykonujących ten zawód”. O proteście długopisu żadne mnie wieści nie doszły. Wetomat na razie też milczy. Być może dlatego, że prezydent Nawrocki przez 100 dni swojego urzędowania zawetował tylko 13, a podpisał 70 ustaw.

Pod koniec października premier Donald Tusk zamieścił w mediach społecznościowych krótki filmik. Pochylony nad obiadową miską, zachwalał jej zawartość: „Niezły ten żurek, co? A będzie jeszcze drugie danie i deser” – się cieszył. Minę radosno-rozkoszną oraz figlarną miał taką, że aż hej! Nawet oczko niczym zalotnik obserwatorom puścił. Tak go ten żurek nie tylko widać na ciele, ale na duchu też podniósł. Wskutek obiadowego uderzenia w stół, naturalną koleją rzeczy odezwały się tak zwane nożyce, czyli minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek, który raz-dwa-trzy i cztery usłużne „smacznego” swojemu szefowi przekazał.

Tak się to wszystko pięknie układało – żarło, żarło i… zdycha? Cicho o drugim daniu. O deserze cicho. Można by spekulować, że nie najadł się zgodnie z zapotrzebowaniem nasz urzędujący pan premier. A wiadomo – premier jak głodny, to zły. A jakby na dodatek już po samym tym żurku niestrawności jakichś, jakichś żołądkowych sensacji był doznał, to dobrze to nie wróży. Ma się rozumieć – dla Żurka. A wszystko przez ten wetomat. Musi być spokrewniony nie tylko ze sztuczną inteligencją, bo wetuje tam, gdzie miłośnicy żurka niekoniecznie by się spodziewali. Swoim – podkreślmy: jak to automat – bezdusznym zachowaniem zburzył misterny plan tandemu Żurko-Tuska. I przekłuł balonik z optymizmem. Jak czym prędzej nie dopadnie Żurek i nie zamknie na cztery spusty Ziobry i całej jego zorganizowanej hałastry, to aż strach pomyśleć, jaka go przyszłość czeka. Istnieje bowiem graniczące z pewnością domniemanie, że podobnie jak jego poprzednika Bodnara premier też Żurka przetrawi. I niestety – albo stety – wydali.

A było tak szybko jeść?

Anna Wolańska