Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi?
Ludzie zmieniali plany, byleby tylko móc w tym spotkaniu uczestniczyć. Było optymistycznie, było radośnie, były serdeczne życzenia, były - śpiewane nawet przez tych, którzy z wiarą niekoniecznie mieli po drodze - kolędy. Ale z czasem robiło się coraz ciszej i ciszej. Pracownicza wigilia zaczęła uwierać. Kojarzyć się już nie tyle z wolnością, co z przykrym obowiązkiem, dla niektórych wręcz zniewoleniem.
Zapobiegliwi, żeby nie narazić się pracodawcom, oficjalnie przynosili nawet lekarskie zwolnienia. Nieoficjalnie wigilijne spotkania uznawali za obłudne albo wręcz szkodliwe. Za zupełnie niepotrzebną stratę czasu.
Po latach tam, gdzie jeszcze organizowane w okolicach Bożego Narodzenia spotkania pracowników nazywa się wigilią, też już coraz mniej wigilijnie jest.
Statystyki podają, że blisko 90% firm celebruje święta Bożego Narodzenia. Są paczki, premie, bywa, że koncerty. Ale jedyny związek tych spotkań z Bożym Narodzeniem to ich termin. Tak naprawdę są to podsumowania roku nierzadko zakończone trwającą do rana zabawą. Samo słowo „wigilia” – dla wielu dziś zaściankowe – gdzieś się z nich ulotniło. Christmas Party brzmi zdecydowanie lepiej. Co najmniej europejsko. A jak się dobrze postarać, to może nawet światowo. No i wprowadza świąteczny nastrój w raczej dyskretny sposób. Bo i jakże inaczej, skoro nie tylko korporacje to dziś miszmasz krajów i kultur? Wigilia więc – może niektórych obrażać. Za bardzo nie wiadomo kogo, i nie wiadomo dlaczego, ale na wszelki wypadek lepiej nie ryzykować. Można też zorganizować end of the year break albo jakiś inny holiday. Co warte zastanowienia – na nazywane po obcemu spotkania integracyjne pracownicy się piszą. W przypadku wigilii – strajkują. Ot i mamy swój nowy wspaniały świat.
Nasza domowa, obowiązkowo niegdyś postna Wigilia, też już inna jest. Podobnie jak Boże Narodzenie, które w pierwszy dzień świąt zabraniało się włóczyć po cudzych domach.
Mocno się też zrewolucjonizowało kolędowanie. Przestał istnieć problem całowania księdza w rękę – jak babcia, czy – jak mama – w stułę. Popłynęły do morza razem z topniejącym śniegiem czasy, kiedy ksiądz do wszystkich mieszkańców przychodził. Kiedy brało się urlop w pracy, żeby w domu w zapowiedzianym dniu kolędowania być. Kiedy wyglądało się oknem, czy już jest u sąsiada. Albo czy w ogóle tam był. Dzisiaj mamy kolędę coraz bardziej uporządkowaną. W coraz większej liczbie parafii – głównie miastowych – trzeba się na nią zapisać. Zaproszenia, listy, formularze… A i w domach, które księdza przyjmują, najmocniej poruszanym kolędowym tematem jest wysokość przeznaczonej na Kościół ofiary. Coraz więcej ludzi z kolędy rezygnuje, bo nawet ci, którzy deklarują się jako wierzący, uważają, że – podobnie jak wigilijne spotkania w pracy – zupełnie jest im niepotrzebna. Zabiera tylko czas – i pieniądze.
W ramach rekompensaty mamy za to nieprzebraną moc świecidełek, już od Wszystkich Świętych bombardowanie potencjalnych klientów galerii świątecznymi promocjami i mieszanie im w głowach zagranicznymi „świątecznymi” hitami. Już tylko ludzkie relikty wysyłają życzenia na pocztówce. Bo i po co się trudzić, skoro mamy smartfony? Nie, nie do pogadania. Do napisania naprędce esemesa. Po co na mało ważne sprawy marnować cenny czas?
Podobno kiedy Wszechświat był jeszcze całkiem młody, miał niewiele więcej niźli miliard lat, czas płynął pięć razy wolniej niż teraz. Tak mówią mędrcy i uczeni. Niektórzy. Dziś kombinują, co zrobić, żeby biegł w dwie strony. Czyli tam i nazad. No i niech próbują. Może im się uda. Ale będziemy szczęśliwi!
Tymczasem – nim zgubimy, co jeszcze jest do zgubienia – cieszmy się tym, co mamy. Na przykład, że choinka ciągle z nami jest.
Radosnych Świąt!
Anna Wolańska