I to by było na tyle
Tymczasem już wiadomo, że rzeczywistość przerosła wszelkie wyobrażenia. Szymon Hołownia, nie wiedząc, co zrobić z politycznym nieboszczykiem Szymonem Hołownią, postanowił… wskrzesić Szymona Hołownię. W polityce nasz świecki kaznodzieja pojawił się dość nieoczekiwanie. Kiedy w grudniu 2019 r. oficjalnie ogłosił start w wyborach prezydenckich i przedstawił program, jasnym się stało, że mamy do czynienia z nieco już oklepanym projektem.
Ludzie myślący szybko skumali, że Hołownia w roli antysystemowca i symetrysty zamierzającego złamać monopol POPiS to nic innego, jak – wypisz wymaluj – Janusz Palikot czy Ryszard Petru.
Kariera Hołowni zaszczycającego scenę polityczną od przeszło sześciu lat to kariera pełna kolejnych odsłon krindżu albo – jak mawiają młodzi – jedna wielka siara. Pamiętacie Państwo pierwszą w Polsce aplikację polityczną Jaśmina, za pomocą której – jak obiecywał lider Polski 2050 – będą odbywały się plebiscyty dotyczące różnych kwestii funkcjonowania państwa? Pamiętacie łzy ronione nad ustawą zasadniczą? Albo owo nieskrywane, wręcz bezwstydne samozadowolenie, gdy jako pupil uśmiechniętych pokazał prezesowi PiS miejsce w szeregu, bo… wyciszył mu mikrofon? A pyszałkowate „wgnieciemy Putina w ziemię” albo puste jak bęben Rolling Stonesów „wyrzucę zamrażarkę z polskiego sejmu”? Dzwonił już do was lekarz tudzież zniknęły reklamy z TVP?
Po zaledwie kilkudziesięciu tygodniach marszałkowania były konferansjer TVN-u swoją niebywałą „elokwencją” i teatralnym stylem bycia zmęczył Polaków. Ludzi przestały śmieszyć jego dowcipy, zaś przewidywalne do bólu riposty zaczęły mocno irytować. Gdy w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej przyznał, że jednym z jego największych osiągnięć w roli marszałka sejmu było napisanie książki kucharskiej razem z szefami parlamentów krajów bałtyckich, wyborcy nagrodzili go promocyjnymi 4,99% głosami poparcia. Kiedy wreszcie stało się pewne, że mimo zabiegów Hołowni nie uda się przeforsować zmian w umowie koalicyjnej i kolejnym rotacyjnym marszałkiem zostanie towarzysz Czarzasty, dogorywająca gwiazda postanowiła kontynuować czarną serię i kandydować (nie mając żadnych szans ani kompetencji) na stanowisko wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców. Ostatecznie poobijany i sponiewierany przez wszystkich niedoszły absolwent Collegium Humanum postanowił pójść w odstawkę, rezygnując nawet z ubiegania się o przewodnictwo ugrupowaniu swojego imienia.
To był Hołownia. Cały Hołownia. Mówiący i robiący rzeczy, których człowiek z odrobiną powagi wstydziłby się robić i mówić. Kiedy piszę ten felieton, przebywający w Dubaju Hołownia zadeklarował Radzie Krajowej Polski 2050, że po blamażu, jaki zaliczyło ugrupowanie usiłujące zdalnie wyłonić nowego lidera, nie wyklucza ponownie zostać jego szefem.
Cokolwiek się stanie (albo już się stało), politycznego pogrzebu „projektu Hołownia” żadną siłą nie da się odwołać. Jeszcze niedawno niepoprawni optymiści widzieli w marszałku wielki potencjał zagrażający Tuskowi. Dziś widać, że to jednak Tusk połknął Hołownię i tylko patrzeć, jak pierwsi posłowie Polski 2050 zapukają do drzwi premiera, żebrząc o miejsca na listach wyborczych.
Owszem, nie można zaprzeczyć, że w najnowszej historii Polski pewien fenomen Hołowni się wydarzył. Lider Polski 2050 przynajmniej dwa razy odegrał ważną rolę. Po raz pierwszy – w 2023 r., pomagając Tuskowi odzyskać władzę, i po raz wtóry – nie dając się wkręcić w zamach stanu po zwycięstwie Karola Nawrockiego. Nie zmienia to jednak faktu, że nie był w tych procesach głównym rozgrywającym. Był raczej ich przypadkowym uczestnikiem. I takim go zapamiętamy.
Leszek Sawicki