Kot, piątek, trzynastego…
Listonosz zawsze pukał do Kowieskich zaraz po śniadaniu. I dobrze, bo babcia Kazia wypatrywała emerytury od bladego świtu. Za nic nie chciała założyć konta w banku; jak powtarzała - na pieniądze trzeba mieć oko, i już! Wiesiek z żoną szykowali się na targ do Siedlec, po sadzonki pomidorów, bo te posadzone na początku maja zmarniały do cna. Zaczekali na wnuki, żeby po drodze podrzucić je do szkoły.
Ich synowa, Marta, w biegu spakowała dzieciakom kanapki do plecaków. – Uważajcie na portfele na tym targu, bo dzisiaj piątek, trzynastego – ostrzegła teściów. Tomek, jej mąż, ledwie łyknął śniadanie, już leciał kurnika. – Tomuś, dzisiaj wolniej biegaj, bo – wiesz – to trzynasty i jeszcze piątek – rzuciła. Miała do niego dołączyć, jak tylko ogarnie kuchnię. – Nasza babcia to już by i do Częstochowy zaszła… – zażartowała. – A jak! Za młodu taka sama sprytna byłam jak ty – odpaliła ze śmiechem wędrująca od okna do okna staruszka. Lubiła takie przekomarzanie się… – Ale ta emerytura to chyba dzisiaj nie dojedzie. Bo to pechowy dzień jest – Marta nie pozostała dłużna. – Oj ty, ty… – babcia tylko głową pokręciła, ale już wypatrzyła listonosza w furtce i nie dokończyła. A miała jej powiedzieć, żeby lepsze buty obuła, bo na takie błoto pod kurnikiem w chińskich klapkach poleciała do roboty. ...
LI