Pytanie o proporcje
Powstanie słowiański blok równoważący w UE siłę Niemiec i Francji. Tak to u nas wyglądało zaraz po agresji Rosji na Ukrainę. Teraz nie ma po tym śladu. Po tym, jak prezydent Ukrainy postanowił demonstracyjnie uhonorować zbrodniarzy z UPA, a prezydent Polski zaczął głośno rozważać odpowiedź, konflikt zszedł na poziom zwykłych zjadaczy chleba.
Społecznościówki zakipiały od polsko-ukraińskich starć. Starzy internauci, którzy przez lata krzyżowali swe szpady z Niemcami, Rosjanami czy Żydami z Izraela i Ameryki, byli zszokowani. Bo oto zza Bugu i zza dopływów Sanu dobiegły wyrazy podziwu dla rezunów z Wołynia. Epitety pod adresem Polaków, gdzie „okupanci” i „kolonizatorzy” byli jednymi z najlżejszych. Przypisywanie Ukrainie całego pozytywnego dorobku I Rzeczypospolitej, a nawet Bizancjum i starożytnej Grecji (absurdalne jak stare dowcipy, że twórcą matematyki i filozofii był radziecki uczony Pietia Goras). Roszczenia terytorialne obejmujące ćwierć terytorium III RP. Przekonanie o własnej potędze, która wyłącznie swoim wysiłkiem i geniuszem ratuje Lachów i Europę przed hordami rosyjskich „orków”.
„Kurde, po tym wszystkim co dla nich zrobiliśmy, oni nas naprawdę nienawidzą” – bulwersowali się komentatorzy. I rozważali kroki z naszej strony: od zablokowania rozmów akcesyjnych Ukrainy z UE, poprzez zamknięcie chwalcom UPA wjazdu na Zachód, do remontu lotniska w Rzeszowie, przez które przechodzi duża część pomocy.
Tylko ilu naprawdę jest tych „onych”? Media społecznościowe to specyficzna przestrzeń. Obeznane w ich mechanizmach dobrze zorganizowane grupy potrafią sprawić wrażenie masowości. Kilkaset, góra kilka tysięcy osób z pomocą botów i AI może udawać setki tysięcy i miliony. Czy chcielibyśmy, żeby ktoś wyrabiał sobie zdanie o Polakach, bazując na tym, co wypisują fanatycy z „Sieci na Wybory”? Wywierają oni duży wpływ na sieciowe trendy i statystyki opinii, ale nikt normalny nie powie, że reprezentują większość. W dyskusje o polityce wdają się ludzie mocno w nią zaangażowani. Większości „normalsów” nie chce się na to tracić czasu.
Odpowiedzieć na wrogie posunięcia ukraińskich władz trzeba. Porzucić naiwność na rzecz kalkulacji – jak najszybciej. Ale przed wytoczeniem najcięższych armat warto sprawdzić, ilu jest na Ukrainie ludzi, którzy do Bandery i Klaczkiwskiego nie wzdychają, głupimi posunięciami swego rządu i elit się martwią, a o polskiej przyjaźni nie zapomnieli. Czy jest to garstka, czy grupa na tyle duża, że może wpłynąć na wynik wyborów i skorygować wariactwa obecnej władzy? Jak do nich dotrzeć i jak ich wzmocnić? Jak osłabić tych zaczadzonych OUN-em? Może garść szpilek wbitych w jednym obszarze i parę „głasków” zaaplikowanych w innym – zrobi lepszą robotę niż walnięcie z politycznej grubej rury? Pytanie, czy naszą dyplomację na taką finezję stać…
Adam Białczak