Aktualności
Jak Koalicja 13 grudnia chce przejąć kontrolę nad fotowoltaiką Polaków

Jak Koalicja 13 grudnia chce przejąć kontrolę nad fotowoltaiką Polaków

W rzetelnej i odpowiedzialnej polityce państwowej fundamentem zaufania obywateli do państwa jest święte prawo własności oraz stabilność prawa.

Przez ostatnie lata setki tysięcy polskich rodzin – w tym rzesza mieszkańców naszej ściany wschodniej zmagających się na co dzień z rosnącymi kosztami życia – zainwestowały własne, ciężko zarobione oszczędności w domowe instalacje fotowoltaiczne. Zrobili to, by zyskać choć odrobinę energetycznej niezależności i zabezpieczyć domowe budżety. Dziś jednak, pod osłoną wzniosłych haseł o „transformacji” i „nowoczesnych sieciach”, tak zwana Koalicja 13 grudnia szykuje na tych ludzi bezprecedensowy, biurokratyczny zamach.

Z chłodnej analizy najnowszego projektu rozporządzenia przygotowanego przez Ministerstwo Energii wyłania się obraz wręcz orwellowski. Rząd planuje diametralnie zmienić zasady funkcjonowania prosumenckich mikroinstalacji (o mocy od 0,8 kW do 50 kW) oraz domowych magazynów energii. Władza chce wprost wymusić na właścicielach oddanie pełnej, zdalnej kontroli nad ich własnym, prywatnym sprzętem w ręce państwowych operatorów sieci.

Zejdźmy na poziom twardych faktów, by uświadomić sobie skalę tego absurdu. Zgodnie z nowymi przepisami operatorzy mają zyskać możliwość zarządzania pracą naszych falowników w czasie rzeczywistym. Będą mogli zdalnie regulować moc czynną i bierną, a my jako właściciele zostaniemy zmuszeni do udostępnienia portów komunikacyjnych i – co najbardziej kuriozalne – będziemy musieli z własnej kieszeni opłacać prąd zasilający te szpiegowskie urządzenia kontrolne operatora! Co więcej, do początku 2028 r. państwo nałoży na obywateli drakoński obowiązek dostosowania falowników do nowych wymogów technologicznych (w tym wyposażenie ich w porty RS 485 i obsługę protokołu SUNSPEC) oraz stworzenia nieusuwalnych rejestrów setek ostatnich zmian parametrów.

Dla przeciętnego Kowalskiego oznacza to potężne, nieplanowane koszty. Eksperci rynku energetycznego łapią się za głowy i alarmują: wdrożenie tych zmian, tak zwany retrofit, będzie niezwykle trudne, szalenie drogie, w wielu starszych instalacjach zaś – po prostu fizycznie niemożliwe. A jeśli obywatel nie podporządkuje się temu dyktatowi, zablokuje dostęp do posesji lub odmówi instalacji urządzenia sterującego? Projekt rządu przewiduje brutalne sankcje – operator będzie mógł po prostu zdalnie odłączyć naszą mikroinstalację od sieci lub arbitralnie ograniczyć jej moc.

To jawne pogwałcenie rynkowej logiki i zdrowego rozsądku. Władza z jednej strony promuje taryfy dynamiczne i zachęca do samodzielnego, inteligentnego zarządzania domowym zużyciem prądu, a z drugiej – odbiera prosumentom kierownicę. Wielu właścicieli straci bezpowrotnie dostęp do danych z własnych instalacji, bo zewnętrzne sterowanie narzucone przez operatora będzie nadrzędne wobec domowych harmonogramów. Jak słusznie zauważają specjaliści, takie przepisy w praktyce zabiją w Polsce rodzący się rynek elastyczności energetycznej.

Nie możemy mieć złudzeń. Oddanie całkowitej kontroli nad pracą prywatnych inwerterów w ręce państwowych dystrybutorów to rozwiązanie zupełnie oderwane od rzeczywistości. To wygodne ułatwienie dla wielkich spółek energetycznych, które latami zaniedbywały modernizację sieci, a teraz próbują przerzucić koszty swojej nieudolności na zwykłych obywateli, przejmując kontrolę nad ich prywatnym majątkiem.

Jako merytoryczna opozycja, stojąca na straży praw obywatelskich i wolności gospodarczej, zdecydowanie sprzeciwiamy się takiemu wywłaszczaniu Polaków dokonywanemu w białych rękawiczkach. Będziemy w Senacie twardo patrzeć tej władzy na ręce i punktować każdy przepis, który uderza w polskie rodziny. Państwo ma służyć obywatelowi i wspierać jego inwestycje, a nie traktować go jak poddanego, któremu można w każdej chwili, zdalnym pilotem, wyłączyć prąd.

GRZEGORZ BIERECKI