Komentarze
Bez uprzedzenia

Bez uprzedzenia

Lubię pieski. Miałam kiedyś Łajkę, potem miałam Liska, jeszcze potem Bimbra, a na końcu Pucka. Trzy pierwsze były to tzw. psy podwórzowe, łańcuchowe (miłośnicy zwierząt pewnie mnie zhejtują), zwykle spuszczane z tego łańcucha na noc i skoro świt wiązane. Gwoli ścisłości należy dodać, że tak do końca nie były to psy moje, tylko moich rodziców, a nadrzędny cel i sens ich życia stanowiło pilnowanie gospodarstwa. Najlepiej wywiązywała się z tego Łajka - wpuszczała na podwórze każdego, kto się pojawił; problem był, kiedy delikwent chciał stamtąd wyjść. Przy czym nigdy nikogo nie pogryzła, ale zawsze ten ktoś musiał być wyprowadzony za furtkę przez któregoś z domowników. W pewnym momencie swojego życia popadła jednak Łajka w bardzo brzydki nałóg i zadarła z - delikatnie rzecz ujmując - producentem krzakówki.

Gdzieś w lesie wynalazła jego schowek z brają, czyli krzakówkowym zaczynem, i nocną porą przeszkadzała w produkcji (kiedyś się nawet upiła), którego to procederu producent zaprzysiągł nie puścić Łajce płazem. Jak powiedział, tak zrobił.

Lisek był śliczny – musiał być jakąś krzyżówką ze zwierzęciem, od którego przyjął to zdrobniałe imię. Wielkiej słabości do kur omal nie przypłacił życiem. Ostatecznie jednak dożył słusznego wieku i rozstał się z nami wskutek naturalnej kolei rzeczy.

Bimber udawał za młodu puchatą kuleczkę, co poskutkowało tym, że w dorosłości zdecydowanie bardziej zasługiwał na miano psa domowego niźli podwórzowego. Bardzo życzliwego nie tylko dla domowników, ale w zasadzie dla każdego, kto go albo kogo on napotkał.

Pucka, ulubieńca nie tylko moich dzieci, zagryzł biegający na wolności bez kagańca (wedle zapewnień właścicieli – łagodny jak baranek) mieszaniec.

Jakby co, to nie mam zasadniczo uprzedzeń do najlepszych czworonożnych przyjaciół człowieka, ale… Niczym stary zakapior uważam, że zwierzę to zwierzę i swoje humory ma. I wcale nie wiadomo, kiedy zechce ich użyć. Myśl ta napastuje mnie zwłaszcza w niektórych sytuacjach życiowych. Należy do nich na przykład grzybobranie w towarzystwie słusznych rozmiarów psiska. Nie wiadomo, czy powodem takiego wspólnego wypadu jest popisywanie się właściciela czworonogiem, czy zaklepywanie sobie prywatnego leśnego rewiru, jako fakt natomiast należy odnotować rozbiegany wzrok konkurencji, dokładniej śledzącej trasę psa niż miejsca postoju borowików.

To są jednak pojedyncze przypadki. Prawdziwy wysyp czworonożnych przyjaciół człowieka daje się zaobserwować w okolicy tzw. miejsc rekreacji. Turystyczne ścieżki masowo wydeptywane są szczególnie w ciepłe wakacyjne dni. Nie tylko przez ludzi – wielu z nich towarzyszą ich pupile. Dobrze, jeśli to domowe pluszaczki, lepiej, gdy na smyczy, a najlepiej, jak w kagańcu są.

Lubię pieski. Jednak moda na psiecki średnio mi się podoba. Zwłaszcza kiedy psieckom zdecydowanie więcej wolno – chociażby pod krzaczkiem – niż dzieciom. Nie należą też do wyjątków sytuacje, kiedy to – nawet ku radości czy za dumnym przyzwoleniem właściciela – to ludzie zawracają albo schodzą z drogi wielgachnemu psu, a nie odwrotnie. Pojemniki z woreczkami na odchody zwierzaków – jeśli w ogóle w okolicy czekają – niekoniecznie budzą uznanie ich opiekunów. Zatem…

Czy da się coś sensownego w powyższej sprawie uchwalić?

Anna Wolańska