Kiedy rządzą Brodacze
Pohukują, podskakują, zatrzymują samochody, składają życzenia i przepędzają to, co stare i złe. Tradycja Brodaczy jest tak głęboko wpisana w lokalną tożsamość, że nikt nie pamięta jej początku. Ale wszyscy wiedzą, że bez niej nie sposób powitać nowego roku.
Sławatycze – niewielka miejscowość w województwie lubelskim – raz w roku zmienia się w barwne, głośne i nieco baśniowe widowisko. Od 29 do 31 grudnia władzę na ulicach przejmują Brodacze. Zaczepiają przechodniów, biorą panny „na hocki”, czyli podrzucają na długim drewnianym kiju, zatrzymują kierowców, od których pobierają symboliczne datki – za „możliwość dalszej jazdy”. Wchodzą też do domów, składając życzenia noworoczne. To jedyni tacy przebierańcy nie tylko w Polsce, ale i pewnie na świecie.
– Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że o Brodaczach dowiedzieli się od swoich dziadków. A ci z kolei od swoich. Nikt już nie wie, skąd wziął się ten zwyczaj. Można powiedzieć, że w Sławatyczach był od zawsze – mówi Radosław Szczur, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Sławatyczach.
Maska, kij i kożuch
Każdy Brodacz musi przygotować strój samodzielnie. To nie tylko tradycja – to wręcz obowiązek, który pozwala zachować ciągłość obyczaju.
Najważniejsze elementy przebrania to: barani kożuch wywrócony włosiem na zewnątrz, sprawiający, że postać wydaje się większa i groźniejsza; metrowej wysokości kapelusz pokryty setkami bibułkowych kwiatów – niedopuszczalne są sztuczne; długa, lniana broda – od której wzięła się nazwa zwyczaju; słomiane maty na nogach, obwiązane powrósłami; skórzana, kolorowa maska malowana ręcznie; drewniany kij – nieodłączny atrybut i narzędzie do słynnych „hocków”.
– Kapelusz robi się średnio trzy dni, maskę jeden – dwa. Słomianki to już krócej, nawet w godzinę. Kożuch? Swój wziąłem kiedyś z babcinego strychu – śmieje się R. Szczur, który sam w przeszłości nieraz wcielał się w rolę Brodacza i zdobył nawet trzecie miejsce w konkursie na najpiękniejszy strój.
Symbolika stroju jest rozbudowana: kwiaty oznaczają życie i nowy początek, broda to doświadczenie życiowe, maska na twarzy i kij – odganianie złego. Podrzucanie dziewcząt z kolei jest wróżbą szczęścia i rychłego zamążpójścia. I choć dziś częściej traktuje się to jako zabawę, dawniej wierzono w te przepowiednie bardzo poważnie.
Zwyczaj starszy niż fotografie
Jak stara jest to tradycja? Tego nikt nie potrafi powiedzieć. Wójt Sławatycz Arkadiusz Misztal podkreśla, że korzenie sięgają co najmniej XIX w.
– Najstarsi, 90-letni mieszkańcy wspominają, że ich dziadkowie opowiadali o tym zwyczaju. Mamy też zdjęcia z okresu międzywojennego – Brodacze wyglądają na nich podobnie jak dziś, choć skromniej, bo wtedy było trudniej np. o bibułę, którą przyozdabia się kapelusze. Widać, że tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie – tłumaczy wójt.
Dawniej przygotowania rozpoczynano już w Adwencie. Dziewczęta wykonywały bibułkowe kwiaty, chłopcy maski. Kolędowanie zaczynało się 31 grudnia, gdy dwie grupy Brodaczy ruszały z różnych stron wsi, by spotkać się przy kościele na nabożeństwie kończącym stary rok.
Konkurs, który przywrócił blask tradycji
Choć Brodacze nigdy nie zniknęli z ulic, ich blask zaczął słabnąć w drugiej połowie XX w. Dopiero 2000 r. i publikacje Zofii Chomiczewskiej w lokalnej i ogólnopolskiej prasie ponownie zwróciły uwagę na obyczaj, a wznowiony w 2009 r. konkurs na najpiękniejszy strój na dobre go ożywił.
– Konkurs robimy pierwszego dnia, tj. 29 grudnia, żeby maski i kapelusze były jeszcze w idealnym stanie. Nie wiemy przecież, jaka będzie pogoda – wyjaśnia dyrektor GOK.
Rywalizacja ma swoje znaczenie: motywuje młodych do starannego przygotowania stroju, a jednocześnie chroni tradycyjny wzór przed niepożądanymi zmianami.
Absolutnie unikatowy
W 2021 r. – decyzją ministra kultury – zwyczaj wpisano na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. To ważny moment w historii Sławatycz. – I ogromne wyróżnienie. Nasz zwyczaj jest żywy, spontaniczny, nieinscenizowany, a przede wszystkim absolutnie unikatowy. Nie występuje w żadnej sąsiedniej gminie czy regionie – podkreśla wójt Misztal. – Dzięki wpisowi mamy pewność, że tradycja została opisana, udokumentowana i nie zaginie – dodaje.
Chluba regionu
13 grudnia Brodacze po raz drugi wzięli udział w Jarmarku Bożonarodzeniowym organizowanym przez Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi w Warszawie. Ich obecność na Krakowskim Przedmieściu wywołała ogromne poruszenie. – Zrobili furorę. Kolejki ustawiały się do zdjęć. Co godzinę tłumaczyliśmy przez mikrofon, skąd jesteśmy i skąd wziął się zwyczaj. Ludzie byli zachwyceni – wspomina A. Misztal.
Wyjazdy do Warszawy, reportaże, dokumenty, zainteresowanie etnografów, fotografów, youtuberów i tiktokerów – wszystko to sprawiło, że tradycja Sławatycz zaczęła żyć także poza regionem.
Dziś Brodacze są jednym z najważniejszych symboli Sławatycz. W centrum stoją trzy drewniane rzeźby upamiętniające przebierańców, a na ścianie apteki przy ul. Rynek widnieje okazały mural. Mieszkańcy lubią powtarzać, że Brodaczami żyje się nie tylko przez trzy grudniowe dni, ale przez cały rok.
– To element naszej tożsamości kulturowej, duma nie tylko gminy, ale i regionu, perła w koronie. Co roku odwiedza nas coraz więcej turystów, a my serdecznie witamy każdego, kto chce zobaczyć żywy, autentyczny zwyczaj, który wymyślili ludzie stąd – mówi gospodarz gminy i zaprasza do Sławatycz na ostatnie trzy dni grudnia. Tradycyjnie 29 grudnia odbędzie się konkurs, a 30 i 31 grudnia – kolędowanie i zabawa aż do zmroku. A ci, którzy trafią na Brodacza, mogą liczyć na uśmiech, a może nawet na… podrzut. Bo gdzie indziej da się wejść w nowy rok „na hockach”?
