Piekło w „Niebie”
W 1990 r. Sebastian Keller miał 19 lat. Właśnie zdał maturę i miał rozpocząć naukę w studium na Śląsku. Był zwyczajnym chłopakiem. Dorastał w wierzącej rodzinie, chodził do kościoła, przystępował do sakramentów, a w dzieciństwie służył jako ministrant.
Kochał muzykę rockową – śpiewał i grał na gitarze utwory Kaczmarskiego, Stachury. Myślał o szkole filmowej. Jak wielu młodych ludzi szukał swojego miejsca i drogi, a jednocześnie zmagał się z problemami zdrowotnymi, których lekarze nie potrafili jednoznacznie zdiagnozować. Matka postanowiła zawieźć go do Morąga, gdzie przyjmował bioenergoterapeuta B. Kacmajor.
Tak rodziła się sekta
Były to lata, w których w Polsce masowo wierzono w „uzdrawianie energią”. W telewizji publicznej hipnotyzował Kaszpirowski, w kościołach i parafialnych salach „uzdrawiał” Clive Harris, zza szklanego ekranu – w programie „Ręce, które leczą” – energetyzował ludzi Zbigniew Nowak, oferując m.in. „pozytywnie naładowaną wodę mineralną”. Kacmajor wpisywał się w ten nurt, ale poszedł krok dalej – połączył praktyki parareligijne z językiem chrześcijańskim. Zarejestrował działalność pn. „Leczenie Duchem Bożym w Imieniu Jezusa Chrystusa przez Nakładanie Rąk” i przeniósł się w okolice Lubartowa na Lubelszczyźnie, gdzie w Majdanie Kozłowieckim stworzył wspólnotę, która z czasem stała się jedną z najgłośniejszych sekt w historii Polski. „Lecząc” dotykiem, zbił pokaźny majątek, co pozwoliło mu kupić działki i wybudować dom, który stał się dla wielu piekłem na ziemi. Członkowie wspólnoty palili dokumenty, przyjmowali nowe, dziwaczne imiona, m.in. ...
Jolanta Krasnowska