Historia pewnej obławy
Uprowadzenie członków rodziny Bolesława Bieruta przez oddział por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” w lipcu 1946 r. skutkowało obławą zorganizowaną przez aparat bezpieczeństwa. Akcja zakończyła się śmiercią dwóch partyzantów i aresztowaniem osób współpracujących z podziemiem.
Oświadczył, że są zakładnikami
W dniach 17-18 lipca 1946 r. połączone oddziały por. L. Taraszkiewicza ze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” oraz Stefana Brzuszka „Boruty” z Narodowych Sił Zbrojnych przygotowały na szosie Chełm – Lublin zasadzkę na funkcjonariuszy chełmskiego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którzy przybyli do Siedliszcza, by przeprowadzić tam aresztowania wśród członków podziemia.
– Było to wydarzenie bez precedensu w skali całego kraju – ocenia Grzegorz Makus, historyk z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, autor publikacji poświęconych m.in. oddziałom L. Taraszkiewicza „Jastrzębia”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i dziejom antykomunistycznej konspiracji na terenach Chełmszczyzny i ziemi włodawskiej.
Oddziały partyzantów ulokowały się 7 km od Chełma, na wysokości wsi Kamionka. Tam, podając się za wojskową grupę operacyjną, rozpoczęli kontrolę wszystkich pojazdów, które zatrzymywano i odprowadzano wraz z pasażerami do pobliskich zabudowań. – 18 lipca jednym z samochodów, które nadjechały od strony Chełma, podróżowali rodzona siostra B. Bieruta – Julia Malewska, jej mąż Bolesław, syn Wacław z żoną Wacławą i jej matką Zofią Kańczukowską oraz dwóch ich znajomych. Po wylegitymowaniu ich „Boruta” oświadczył zatrzymanym, że są zakładnikami. Około 20.00 partyzanci wraz z rodziną Bieruta wyruszyli do Kolonii Krasne. Tam umieszczono ich w domu Franciszki i Konstantego Petryszaków, zaufanej kwaterze partyzanckiej jeszcze z okresu okupacji niemieckiej. Sprawę przechowania Malewskich uzgodniono wcześniej z komendantem miejscowej placówki WiN Władysławem Borysikiem „Krwaworem”, którego żona była siostrą Petryszaka.
W sobotę 20 lipca do gospodarstwa Petryszaków przyjechał komendant Obwodu WiN Włodawa kpt. Zygmunt Szumowski „Komar”. W obecności członków sztabów obu oddziałów odbyło się długie spotkanie z rodziną Bieruta. Wieczorem podjęto decyzję o zwolnieniu zatrzymanych i o świcie 21 lipca odprowadzono ich na szosę w pobliżu Sosnowicy, oddano samochód i puszczono wolno. Odjechali do Lublina, a stamtąd o 12.45 pociągiem do Warszawy – opisuje przebieg wydarzeń G. Makus.
W obławie uczestniczyło około 600 osób
Przed zwolnieniem zakładników partyzanci przekazali J. Malewskiej list adresowany do B. Bieruta. Pisali w nim, że celowo nie sięgnęli po metody, jakie – ich zdaniem – stosował aparat bezpieczeństwa wobec rodzin członków podziemia, oraz apelowali o uwolnienie więźniów politycznych i zaprzestanie represji. Treść listu zachowała się w opracowaniach IPN.
Uprowadzenie wywołało reakcję władz komunistycznych. – Wprawdzie funkcjonariusze PUBP w Chełmie jeszcze w tym samym dniu dowiedzieli się przypadkiem, że partyzanci zatrzymali siostrę Bieruta, to jednak dopiero 19 lipca rano zaczęto organizować poszukiwania – wyjaśnia G. Makus. Początkowo działania były dość chaotyczne, rozsyłano w teren różne formacje stacjonujące w Chełmie, Włodawie czy Lublinie. W kolejnych dniach coraz lepiej koordynowano poszukiwania, łączono jednostki i dużymi siłami przeczesywano wyznaczone rejony, zatrzymywano podejrzane osoby, wywożono je do UBP w Chełmie i Włodawie, gdzie były przesłuchiwane.
Liczebność sił bezpieczeństwa była duża. – Biorąc pod uwagę wszystkie formacje biorące udział w obławie – „ludowe” Wojsko Polskie, Wewnętrzne Bataliony Wojskowe, Wojska Ochrony Pogranicza, kursantów ze szkoły Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego oraz funkcjonariuszy UB i Milicji Obywatelskiej – łącznie w obławie uczestniczyło około 600 osób – twierdzi historyk z IPN.
Ciała poległych pozostawiono
21 lipca, po południu, łączona grupa operacyjna złożona z żołnierzy 7 pp WP, kursantów szkoły WUBP, funkcjonariuszy MO oraz trzech funkcjonariuszy PUBP we Włodawie w roli przewodników nadal przeszukiwała wyznaczony rejon. – Dotarli do położonej nieopodal Kolonii Krasne wsi Maśluchy, gdzie ujęto z bronią w ręku członka placówki Krasne – Zdzisława Wodnickiego „Szczupaka”. Wstępnie przesłuchano go na miejscu, jednak nie przyniosło to większych rezultatów. Przewieziony został do sztabu grupy operacyjnej w Kołaczach i dopiero tam, zapewne po brutalnym przesłuchaniu, Wodnicki zeznał m.in., że na Kolonii Krasne stacjonuje oddział „Jastrzębia”, który przetrzymuje kilka osób, także kobiety. Następnego dnia, około południa, grupa operacyjna dotarła do gospodarstwa Borysika. Zostali zauważeni przez przebywających tam trzech partyzantów oddziału „Jastrzębia”: Mieczysława Sawickiego „Kruka”, Tadeusza Garłę „Zimnego” i Władysława Kobylańskiego „Jerzyka” – mówi G. Makus.
„Kruk” i „Zimny” byli doświadczonymi żołnierzami oddziału, do którego dołączyli w marcu 1946 r., skierowani przez W. Borysika „Krwawora”. Wcześniej walczyli w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, a po zakończeniu wojny nie złożyli broni, angażując się w działalność Zrzeszenia WiN. Uczestniczyli niemal we wszystkich najważniejszych akcjach oddziału „Jastrzębia”. Po ostatniej przebywali w Kolonii Krasne. Kiedy zabudowania zostały otoczone, praktycznie nie mieli możliwości wycofania się. Z przekazów zgromadzonych przez historyków IPN wynika, że jako pierwszy próbę wyrwania się z okrążenia podjął „Kruk”. Otworzył ogień do nacierających żołnierzy, po czym wyskoczył przez okno budynku, usiłując przedostać się poza pierścień obławy. Został jednak trafiony ogniem broni maszynowej i poległ. „Zimny” pozostał w budynku, osłaniając towarzysza. Ostrzeliwał nacierających funkcjonariuszy i użył granatu, próbując powstrzymać szturm. Kilka chwil później również został śmiertelnie postrzelony. Aresztowano pozostałych: W. Kobylańskiego „Jerzyka”, właściciela gospodarstwa W. Borysika, jego żonę oraz przebywającą tam Zofię Szkulnik.
Ciała poległych „Kruka” i „Zimnego” pozostawiono. Była to sytuacja nietypowa – w większości podobnych akcji funkcjonariusze aparatu represji zabierali zwłoki partyzantów, często grzebiąc je potajemnie. Dlaczego tym razem tak się nie stało? Według G. Makusa będąca w ciągłym ruchu grupa operacyjna, nadal poszukująca rodziny Malewskich, nie miała możliwości ani czasu, by transportować ze sobą ciała Sawickiego i Garły. – Tym bardziej w warunkach wysokich lipcowych temperatur. Dzięki temu, jak napisał E. Taraszkiewicz „Żelazny”: „zostali przez nas pochowani później z honorami wojskowymi na cmentarzu w Uścimowie Starym” – wskazuje historyk.
Oddział „Jastrzębia” przetrwał lipcową operację i już trzy miesiące później przeprowadził jedną z najgłośniejszych akcji zbrojnych na Lubelszczyźnie – opanowanie PUBP we Włodawie oraz uwolnienie przetrzymywanych tam przez aparat bezpieczeństwa więźniów.
Joanna Szubstarska