Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary…
„Cerkiew zamarła. Młodzi Ukraińcy powoli odsłaniali ten dziwny skład ostrych narzędzi - siekier i noży, bagnetów i wideł… - Nie - przeżegnała się Anna Grzybek. - Nie! Ja chyba śnię! – szeptała. A pop już unosił do góry kropidło. - Na Boga, nie! - wyrzuciła z siebie zduszonym głosem. Ale pop już święcił”. Powyższe słowa to fragment jednego z opowiadań kresowych z książki Stanisława Srokowskiego „Święcenie noży”. Opowiadań o strasznych dniach, a właściwie latach rzezi wołyńskiej. Opowiadań o strasznych dniach, a właściwie latach rzezi wołyńskiej. Choć kojarzona jest głównie z krwawą niedzielą, skoordynowanym atakiem UPA na ok. 100 polskich wsi 11 lipca 1943 r., to mordercze żniwo Ukraińców w latach 1943 – 1945 szacowane jest na od 100 do 135 tys. istnień Polaków, mieszkańców Wołynia i Galicji Wschodniej.
A wszystko to w imię ideologii oczyszczenia Ukrainy z obcych i stworzenia jednolitego ukraińskiego państwa. Narodu. Zadanie to wzięli na siebie nie tylko nacjonaliści z UPA i OUN, ale też podburzeni przez nich ukraińscy sąsiedzi Polaków.
Oto trzy (z oczywistych względów mocno skrócone) opowieści o tamtych dniach.
Opowieść pierwsza
– Ten obraz nigdy nie zniknie z mojej głowy – powtarzała w licznych wywiadach ocalała z rzezi Józefa Bryg. – Dziś już potrafię o tym mówić, ale przez lata milczałam. Wiedzieli tylko mąż i syn.
Opowiada, że w klasztorze w Podkamieniu, gdzie schronili się Polacy, banderowcy „wszystkich ich siekierami zrąbali”. Obcinali piersi, genitalia, języki, wydłubywali oczy.
W te straszne dni Józia – wtedy niespełna sześcioletnia dziewczynka – mieszkała w nieodległych od Podkamienia Palikrowach. Na łące, gdzie 12 marca 1944 r. zagoniono mieszkańców jej wsi i rozstrzeliwano do późnego wieczora, zginęło 365 osób. ...
Anna Wolańska